Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

     AND NOW...
     ZLOT MIŁOŚNIKÓW
     MONTY PYTHONA
DRUGI NIEOFICJALNY OGÓLNOPOLSKI OGÓLNODOSTĘPNY ZLOT MIŁOŚNIKÓW MONTY PYTHONA
07 - 13 lipca 2003 roku Gliśno Wielkie "Przystanek Alaska"
 
 

ZLOTOWE MENU

Kilka słów
Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Dzień szósty
Galerie
Hymn
Lista zlotowa
Podziękowania


 

   Poranne zajęcia, wbrew wszelkim wyobrażeniom, przebiegały w sposób, którego się nie spodziewałem i zupełnie niezgodnie z planem. Oczywiście, zlotowicze musieli się dobrze wyspać. Nic dziwnego. Za jednymi była "Noc Kupały", za innymi "Przegięcie pały".

W rytmie tam-tamów i tu-tumów
   Do boju, do boju - te i inne okrzyki prawie wznosili uczestnicy zbliżającej się bitwy o Bagdad. Stolicą niezłomnego Iraku stała się w tym roku, też tradycyjnie, wieża Lehmana, do której można dojść lub dojechać. Na wstępie czyli jako pierwsza, w kierunku wieży, udała się drużyna kierowana przez Al Dawida, który pod swym dowództwem miał tak znamienitych wojowników spod znaku Air Force El Arabija jak:
Wrzaskoszar Abn Ibn Al Raszid Stasiu - wrzaskliwy obrońca Bagdadu;
Paveuszar Al Kazar Paweł - zacięty obrońca Bagdadu;
Skrytyszar Al Bir Marcin - skryty obrońca Bagdadu;
Pokerszar Abn Bomba Ibn Al Witek - obrońca Bagdadu o pokerowej twarzy.
Były też markietanki.
Tymczasem w obozowisku...

Zbrojenie i strojenie
   Słońce stało wysoko, kiedy grupa warszawskich klakierów, wzmocniona Piotrem (KO) i moją skromną osobą, zasiadła do tworzenia przemówienia. Po ciężkiej pracy Piotr (KO) przetłumaczył tekst na język migowy i w mig się go nauczył.
Zwarte oddziały arabskich wojsk lądowych, zbroiły się i stroiły, aby godnie reprezentować ideę Blitz-Dżihadu, w czasie przemarszu przez okoliczne wioski oraz w czasie walk, poza wioskami.
Około godziny 14.00, być może o 14.30, armia pustynno-leśnych wojowników spod znaku Ludowo-Robotniczo-Inteligencko-Arabskiej Partii Wyzwolenia Iraku, pod dowództwem szalonego przywódcy Abn Ibn Al Inka, ruszyła w kierunku Bagdadu, który został opanowany przez Arabsko-Inteligencko-Robotniczo-Ludowej Partii Wyzwolenia Iraku.

Blitz-Dżihad czyli Operacja "(ob)Leśny Turban"
   Po dotarciu na miejsce, armia pustynno-leśnych wojownikó utworzyła tyralierę (no prawie tyralierę) i rozpoczęła duchowe przygotowanie do bitwy. Powyżej, na samym szczycie wieżo-Bagdadu, niecierpliwi i żądni krwi wojownicy Dawida, zgrzytali zębami ze złości, zajadłości i zimna. Były też markietanki (na dole).
Grupa aj-a-to-lachów, kierowana przez Prelegentoiniego Łukasza, zajęła widoczne, zarówno z góry i z dołu oraz z boku i z drugiego boku, miejsce. Z ust Prelegentoiniego popłynęły słowa gorzkie, aczkolwiek stanowcze. Oto jak aj-a-to-lach Prelegentoini zagrzewał pustynno-leśnych wojowników do walki:

Obleśne Turbany!
Po latach ucisku i odrzucenia, rany naszych krzywd zaropiały!
Zgwałcono nasze owce, naszym baranom przyprawiono rogi, naszym wielbłądom wyrósł trzeci garb, a Achmedowi Al Raszidowi Szisz-Kebab, z wioski Al-Fatah, dzisiejszej nocy skradziono kozę spod nosa, prawie na jego oczach.
Najwyższa pora zwrócić kozę Achmedowi!
Piasek w twarz naszym wrogom!
Dzisiaj, po porannej modlitwie, przed śniadaniem, ale po wypiciu kawy, więc mimo wszystko na czczo, wydałem rozkaz.
Samobójcza Dywizja Eunuchów Rozpłodowych miała się okopać na linii Paryż-Dakar, a Dywizja Abn Ibn Umn Kamn Zim miała odkopać naszą słynną, dzielną flotę
Oba wydarzenia zbiegły się w czasie, a sprawność, z jaką te czynności zostały wykonane, wywołała popłoch w szeregach wroga, a w naszych zdziwienie, a ponadto jaskrę u niemowląt, wzdęcie jałówek i... krach na giełdzie - WIG 20 spadł o trzy punkty.
Dalsze losy Blitz-Dżihadu zależą od Was!
Nie pytaj, co Irak może zrobić dla ciebie, tylko co ty możesz zrobić dla Iraku!


Powyższe słowa, brawurowo przetłumaczone na język migowy przez Translatoreiniego Um Al Piotra, wywarły wielkie wrażenie na słuchających i nie słuchających. Po szybkiej chwili zadumy, ze złotych ust Prelegentoiniego Łukasza padła komenda:
Do hymnu!
Nad Bagdadem i okolicami rozniosła się echem wojowniczy "Hymn Beduinów".

(na melodię "Celito Lindo" lub kto woli "Teraz jest wojna")

Niech zeżre ich strach,
Zasypie ich piach,
A dzieci dostaną raka.
Niech cola skiśnieje
I zwiędną im knieje,
To wszystko za sprawą Allacha.

Teraz jest Dżihad,
Do nieba idzie kto zdycha.
Religia, fanatyzm i mózg niewolnika,
To taka nasza logika.


To była kropla, która przechyliła czarę goryczy. Szeregi dzielnych wojowników zwarły się i z okrzykiem "Banzai" na ustach, ruszyły do ataku.

A teraz reklama.

 
Sab se acza kalasznikof daswin salgire ustedium me harido!

I po reklamie.

Na atakujących, z bagdadzkiej wieży obronnej, posypały się leśne i polne rośliny. Obrońcy nie zamierzali tanio sprzedać skóry. Pierwszy atak nie powiódł się, ale nie zniechęciło to atakujących. Atak ponowiono. Tym razem na nic zdała się zajadłość obrońców i poświęcenie markietanek. Szturm na Bagdad zakończył się sukcesem. Arabski Bagdad, zniewolony przez Arabów, został zdobyty przez Arabów i znów stał się arabski.
Była też telwizja Irek Al Dżazira.
Powrót do obozu przebiegał bez zakłóceń.

Ostatnia wieczerza czyli Dawid rzuca kamieniem
   Tako rzecze Irek - tako karmi Dawid. Wkrótce po powrocie z pól bitewnych, Dawid przystąpił do szykowania ostatniej wieczerzy. Kolega Stasiu buszował po pobliskim lesie w poszukiwaniu mięty. A w wielkim garnku bulgotało. Grupa dobrze zbudowanych mężczyzn, pod wodzą Pawła, ustawiła równy rząd stołów w niezastąpionym Barze u Holinga. A w wielkim garnku bulgotało.
Około godziny 19.00, może tak bliżej 20.00, za stołem zasiedli zlotowicze. Poraz ostatni razem w tym roku. A w wielkim garnku już nie bulgotało.
Dawid rzucił kamieniem (z uwagi na bezpieczeństwo zgromadzonych, kamień był papierowy), a następnie zaprosił wszystkich do zapoznania się z daniami wieczoru - zupą z łubinu bez łubinu oraz potrawą z fasoli w sosie czerwonym. Zanim to nastąpiło, podziękowałem wszystkim za stworzenie wspaniałego klimatu i wspaniałej zabawy. Przy okazji pożegnałem się osobiście z każdym zlotowiczem. Podziękowałem Dawidowi, Pawłowi i Stasiowi, a potem wspólnie się ukłoniliśmy. Łza w oku się kręciła, jak karuzela na Praterze.
Posiłek, przygotowany przez Dawida, okazał się pysznym przeżyciem podniebienio-żołądkowym. Każdy do swojej porcji otrzymał miętowy listek, aby tym pythonowych akcentem zakończyć posiłek. Wbrew moim obawom ofiar nie było.
Jeszcze przed kolacją, wraz z niezmordowaną grupą warszawskich klakierów, stworzyliśmy apel do TVP, którego treść na papier przelała wprawna ręka Natalki. Oczywiście chodzi o apel o ponowną emisję "Latającego Cyrku Monty Pythona". Tenże apel miałem zaszczyt odczytać publicznie. Pod koniec wieczornej biesiady zwarta bryła ciał zlotowiczów, zafalowała w rytm "Always look on the bright side of life", a kolega Inko i Paweł radośnie zawiśli na palach.
To była ostatnia nasza wspólna zabawa. Na następną trzeba poczekać ponad rok.

Wyznania osobiste
   Noc, poprzedzającą mój wyjazd z "Przystanku Alaska", spędziliśmy z Pawłem, dyskutując w Chatce Adama na różne tematy. Rano, kiedy było już jasno, ze swoich kryjówek wyszedł Stasiu i Witek z Marcinem. Było jakoś smutno - jak to bywa w takich okolicznościach. Nie lubię pożegnań, zwłaszcza z takimi ludźmi. Potem za naszymi plecami pozostali, machający nieprzerwanie Paweł i Stasiu oraz Witek i Marcin, a chwilę później zniknął "Przystanek Alaska". Do zobaczenia.

Irek "Dzyń" Siwek

do góry

  © 2003 Ireneusz Siwek