Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

     AND NOW...
     FILMOTEKA
Obrzydzenie do kwadratu!
 
 


"LAS VEGAS PARANO"

FEAR AND LOATHING IN LAS VEGAS   (1999)

REŻYSERIA
Terry Gilliam

SCENARIUSZ
Terry Gilliam
Tony Grisoni

ZDJĘCIA
Nicola Pecorini

MUZYKA
Ray Cooper

SCENOGRAFIA
Alex McDowell

MONTAŻ
Lesley Walker

KOSTIUMY
Julie Weiss

PRODUKCJA
Laila Nabulsi
Patrick Cassavetti
Stephen Nemeth

OBSADA
Raoul Duke - Johnny Depp
Dr. Gonzo/Oscar Zeta Acosta - Benicio Del Toro
Autostopowicz - Tobey Maguire
Lucy - Christina Ricci
Reporterka TV - Cameron Diaz
Kelnerka w North Star Cafe - Ellen Barkin
Patrolujący autostradę - Gary Busey
Reporter - Mark Harmon
Recepcjonistka w Mint Hotel - Katherine Helmond
Muzyk w Matrix Club Men's Room - Flea
L. Ron Bumquist - Michael Jeter
Lacerda - Craig Bierko
Kobieta o żabich oczach - Laraine Newman
i inni

PRODUKCJA
A Laila Nabulsi Production

USA - 1999

Czas projekcji - 118 min.

Parę słów Terry'ego Gilliama

Lubię Las Vegas Parano, bo jest oburzający. Taki świat nigdy nie istniał i nie będzie istnieć. Książka (na podstawie, której nakręcono film - przyp. I. Siwek) jest szalona i obłędna. Lata siedemdziesiąte były dość duszne. Każdy zamykał się w sobie, bał się cokolwiek powiedzieć czy żyć w niekonwencjonalny sposób. Sądzę, że udało nam się zawrzeć w filmie atmosferę tej książki. Sporo osób ceni książkę "Las Vegas Parano", która mówi o obłędzie i ponownym odkrywania rzeczywistości. My też to zrobiliśmy. Zawsze oskarża się mnie, że balansuję między fantazją a realnością. Tu jest posobnie. Ten film to jakby "Czas apokalipsy", ale nie w delcie Mekongu, a na pustyni i w kasynach Las Vegas.

Wkraczamy w wykrzywioną rzeczywistość. Nie, wiem czy wszystko tam się jeszcze układa. Rzeczywistość, fantazja, szaleństwo, narkotyki, halucynacje - wszystko się splata. Nawet pojęcie czasu się załamuje.

 

Las Vegas Parano - o filmie

Rok 1971. Stany Zjednoczone. Jeden z najbardziej burzliwych i niepokojących momentów w historii kraju. Nixon nadal sprawuje swój urząd i rezyduje w Białym Domu. Ameryka nie wycofała się jeszcze z Wietnamu i ciągle prowadzi działania wojenne. Rok rozpoczął się ogólnym wstrząsem wywołanym rozpadem zespołu The Beatles i dużym trzęsieniem ziemi na południu Kalifornii. Zakończeniem jego było obwołanie przez magazyn TIME prezydenta Richarda Milhousa Nixona "Człowiekiem Roku", przewrotnie przedstawiając na okładce czasopisma jego papierową kukłę. Wszystkie te wydarzenia nieuchronnie zwiastowały koniec beztroskich lat 60-tych. Czasy Woodstock - miłości, pokoju i niewinności należały już do przeszłości. Wielcy tego świata, ci którzy nadawali ton nowej muzyce i nowemu stylowi życia też odeszli - Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison, przyczyną ich śmierci było przedawkowanie narkotyków. W tym samym czasie na nieoficjalnym spotkaniu z prezydentem Nixonem Elvis Presley oferował swoje usługi w charakterze tajnego agenta do spraw tropienia przestępstw narkotykowych... Amerykański sen stawał się powoli koszmarem. Dla jednego z poważnych dziennikarzy, jedynym rozsądnym wyjściem z tej sytuacji był stworzenie nowej formuły dziennikarskiej i nadanie jej miana 'gonzo'. Hunter S. Thompson w ten właśnie sposób - ekscentryczny, przesycony dziwacznymi komentarzami i subiektywnymi ideami dawał wyraz otaczającej go rzeczywistości.

W filmie dziennikarz sportowy - Raoul Duke w towarzystwie swojego korpulentnego, samoańskiego pełnomocnika Dr. Gonzo, odbywa szaleńczą podróż prowadzącą do samego serca Amerykańskiego Snu.

Przedstawiany obecnie film "Las Vegas Parano" powstał w oparciu o klasyczną już powieść Huntera S. Thompsona z 1971 roku "Fear and Loathing in Las Vegas", a przeniesiony został na ekran przez znakomitego reżysera Terry Gilliama, śmiałego interpretatora XX-wiecznych i wcześniejszych trendów, czego wyrazem mogą być zgromadzone na jego koncie tytuły "12 małp", "Fisher King", "Brazil", "Przygody Barona Munchausena", czy też filmy z serii "Monty Python". Johnny Depp ("Donnie Brasco", "Truposz", "Ed Wood", "Arizona Dream") wcielił się w rolę Raoula Duke'a, szalonego alter ego Thompsona, a Benicio Del Toro ("The Usual Suspects", "Basquiat") zagrał Dr. Gonzo. Na ekranie zobaczymy dodatkowo całą plejadę znakomitych aktorów drugoplanowych, którzy z zainteresowaniem przyłączyli się do niekonwencjonalnego przedsięwzięcia Gilliama i stworzyli grupę postaci, które Duke i Gonzo spotykają w swojej surrealistycznej podróży do Krainy Nietoperzy. Znaleźli się wśród nich Ellen Barkin, Craig Bierko, Gary Busey, Cameron Diaz, Mark Harmon, Katherine Helmond, Michael Jeter, Christina Ricci, Tim Thomerson oraz muzycy Lyle Lovett i Flea z zespołu Red Hot Chili Peppers.

Producentem filmu są Laila Nabulsi (wcześniej pracowała z Hunterem S. Thompsonem przy "The Curse of Lono"), Patrick Cassavetti ("Emma", "Mona Lisa") oraz Steve Nemeth ("Bad Manners", "Denise Calls Up"), w roli współproducenta wystąpił Elliot Rosenblatt. Terry Gilliam zaangażował dodatkowo do pracy nad filmem znakomitą grupę współpracowników, w tym reżysera zdjęć Nicolę Pecorini (wcześniej pracował w charakterze operatora przy filmach Bernardo Bertolucciego "Mały Budda" i "Ukryte pragnienia"), scenografa Alexa McDowella, projektantkę kostiumów Julie Weiss (nominowana do Oscara za pracę przy "12 małpach") i montażystę Lesley Walkera.

Książka "Fear and Loathing in Las Vegas", na podstawie której powstał przedstawiany obecnie film "Las Vegas Parano" jest specyficznym komentarzem odnoszącym się do tego, co Hunter S. Thompson określił jako "Szalony Rok Pański 1971". Jest to w jaskrawy sposób przerysowany zapis osobistej wędrówki, miejscami niesamowicie zabawnej, miejscami przerażającej, odwołujący się do indywidualnego i przejaskrawionego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. Pozycja ta w wielu środowiskach stała się 'lekturą obowiązkową', a określenie dziennikarstwa w stylu 'gonzo' na stałe weszło do potocznej terminologii specjalistycznej, charakteryzowane jako jeden z odłamów "Nowego Dziennikarstwa" lat 60-tych.

Fakt, że książka ta przez ponad 25 lat nie została przeniesiona na ekran świadczyć może jedynie o jej wyjątkowości, jak również o potrzebie znalezienia twórcy, który byłby w stanie w odpowiedni sposób oddać klimat tej niekonwencjonalnej pozycji. Z połączenia talentu Gilliama i dzieła jednego z najbardziej wizjonerskich pisarzy XX wieku powstał film, który podobnie jak poprzednie produkcje reżysera zdaje się podtrzymywać przekonanie, że jedynym sposobem w jaki jednostki wrażliwe i wnikliwie postrzegające świat mogą sobie radzić z jego nienormalnością jest szaleństwo. Gilliam posiada wyjątkowe zdolności tworzenia na ekranie rzeczy właściwie niemożliwych, co prowadzi do pokazania sytuacji, w których surrealizm znajduje się na porządku dziennym.

Zadziwiająca opowieść, którą Thompson zadebiutował była zapisem podróży odbytej przez autora wraz z przyjacielem Oscarem Zetą Acostą, uznanym prawnikiem, rzekomo w celu zarejestrowania wydarzeń towarzyszących popularnemu wyścigowi Mint 400, odbywającemu się w mieście wiecznych snów -Las Vegas.

Jak stwierdził sam Thompson: "Moim zamierzeniem było zakupienie grubego notatnika, szczegółowy zapis obserwowanych wydarzeń, dokładnie tak jak to miało miejsce i późniejsze przesłanie wszystkich zapisków do redakcji w celu publikacji w zupełnie niezmienionej i dokładnie zachowanej formie... To jednak było dosyć trudne do wykonania i w końcu nałożyłem na ten zapis ramy fikcji literackiej, co w rezultacie dało początek szalonej, prowadzonej wprost relacji dziennikarskiej".

Producent Laila Nabulsi, która przez ponad piętnaście lat starała się przenieść powieść na ekran mówi: "Las Vegas Parano posiada wszystkie elementy opowieści mitycznej. Raoul Duke i Dr. Gonzo są tutaj przykładem dwóch antybohaterów, którzy udają się do piekła, zasmakowują tajemnicy całej tej sytuacji, wplątują się w wir wydarzeń, aby na koniec wyjść z tego cało. My, jako widzowie jesteśmy świadkami tej wędrówki. Obserwujemy sytuacje przerażające, zabawne, przedziwne, ale właściwie dochodzimy do wniosku, że to co było prawdą we wczesnych latach siedemdziesiątych, jest równie prawdziwe obecnie. Jest to zapis 'ostatniej podróży', podczas której możemy uchwycić ostatnie momenty czasu, zanim zaczyna się dziać coś złego. Jest to jednak również film o nadziei, gdyż jak stwierdza to ostatecznie Hunter - niechaj nastaną dobre czasy... jedyny sposób, w jaki rzeczywiście możemy przetrwać."


Nuda w piekle

Wymyślny polski tytuł "Las Vegas Parano" kamufluje to, co w oryginale wybite jest na pierwszy plan: "fear and loathing" - "strach i obrzydzenie". Bo też, w gruncie rzeczy, niczego więcej w tym filmie nie ma. Obrzydliwi są bohaterowie - dziennikarz Duke (Johnny Depp) i adwokat Dr Gonzo (Benicio del Toro) - których można określić, posługując się słowami jednego z nich, jako pojebów w świecie pojebów. Obrzydliwe są narkotyczne wizje. Nie mniej obrzydliwe jest Las Vegas, piekło kiczu, spełnienie nie tyle "amerykańskiego snu", co raczej "amerykańskiego koszmaru". Tandeta Vegas czyni halucynacje naćpanych facetów jeszcze potworniejszymi, a te z kolei wzmagają monstrualność miasta, z którego nie można albo, co gorsza, nie chce się uciekać.

A strach? Ten najprostszy to strach bohaterów przed zdemaskowaniem przez policję ich narkotycznego procederu, przed konsekwencjami niezapłaconych rachunków hotelowych i uwiedzenia nieletniej. Ale głębiej mamy strach przed... obrzydzeniem - do świata i do samych siebie. Kumuluje się on w żałosnej próbie samobójstwa Dr. Gonzo. Strach ten jest pewnie jednym z powodów, dla których panowie nieustannie są na haju. Byle tylko nie myśleć i nie roztrząsać.

Jak pogrzebać jeszcze trochę, to można odkryć kolejny strach - przed ideową pustką i ogólnym brakiem sensu. Akcja filmu toczy się w roku 1971. Trwa wojna w Wietnamie, kolejni idole zbuntowanej młodzieży umierają od przedawkowania środków odurzających, słowem - czasy "flower power" zmierzają do smutnego końca. W krótkiej przerwie między ekscesami Duke z tęsknotą wspomina lata 60., kiedy to życie miało i sens, i cel. Bohater był wtedy pewnie działaczem ruchów pacyfistycznych, pisywał zaangażowane artykuły, a towarzysz jego podróży bronił w sprawach politycznych. Teraz Duke jest pismakiem do wynajęcia, a Dr Gonzo to cwaniak, tchórz i cham. Obu interesuje wyłącznie, w jakich zestawach przyjmować używki, by osiągnąć największy odjazd.

Requiem dla kontrkultury, które próbuje stworzyć w swym filmie Terry Gilliam, brzmi jednak fałszywie. Nostalgia za hipisowskim rajem wygląda na moralne alibi mające usprawiedliwić rozpasanie obrazów degrengolady. Kilka archiwalnych zdjęć i wzniosłych komunałów niewiele mówi o tamtych "pięknych czasach", ale ostatecznie znamy je dobrze z innych filmów, jak chociażby, przywołanego w "Las Vegas Parano" "Swobodnego jeźdźca". Gilliam za to z dziką fascynacją pokazuje niekończące się rozróby przerośniętych dzieci-kwiatów, ich zróżnicowane omamy i bezceremonialne obchodzenie się ze spotkanymi po drodze osobami. Sceny toczą się ciężko w męczącym transie, ledwie związane cieniutką i dziurawą fabułą.

Być może to nagromadzenie "strachu i obrzydzenia", ekspansja obrazów zdeformowanych przez szerokokątne obiektywy i komputerowe sztuczki, a wzmocnionych bełkotem, który płynie z ust bohaterów, ma wywołać u widza specyficzne katharsis, czyli oczyszczenie. Czyli, mówiąc wprost, odruch wymiotny (torsje Dr. Gonzo oglądamy zresztą w bliskim planie). Może film jest próbą pozbycia się toksyn, które zatruły organizm Ameryki? Czy to jednak odległość geograficzna i kulturowa, czy też owa jednostajność podobnych do siebie scen powodują, że zamiast reakcji żołądka odczuwam zwykłą nudę. A w głowie rodzi mi się krzywdzące podejrzenie, że kontrkulturę tworzyli wcale nie ludzie piękni, młodzi i dobrzy, ale patologiczne jednostki, którym narkotyki do reszty pomieszały we łbach.

W "Las Vegas Parano" najbardziej interesuje mnie Johnny Depp. Podziwiam nonkonformizm tego aktora. Jest w końcu jednym z najpiękniejszych mężczyzn w świecie filmowego biznesu. Mógłby więc ku uciesze tłumów grywać role kochanków i gangsterów w hollywoodzkich hitach. Tymczasem woli iść pod prąd, nie boi się ryzyka, angażuje się w niskobudżetowe i często ryzykowne produkcje. U Gilliama dał się nawet oszpecić. Ogolono mu pół głowy, założono okropne żółte okulary, ubrano w okropne ciuchy. Wygląda jak podstarzała mucha. Dostosowując się do konwencji filmu, Depp niemal na każdym kroku wygina i deformuje swoje ciało, a jak zażyje drągów, to jeszcze jego twarz wykrzywiają wstrętne grymasy. Jest bez wątpienia obrzydliwy! Chapeau bas!

Szkoda tylko, że poświęcenie aktora służy tu wyłącznie do podkręcenia klimatu paranoi, wobec której Gilliam nie potrafi się tym razem - jak w "Brazil" czy "Dwunastu małpach" - mądrze i ironicznie zdystansować. To, że żyjemy w pojebanym świecie, wiadomo dzisiaj jeszcze lepiej niż w roku 1971. I właśnie dlatego chciałoby się filmów, które są więcej niż ten świat warte.

BARTOSZ ŻURAWIECKI
Miesięcznik "FILM", Grudzień 1999

 

inne artykuły



do góry

  © 2003 Ireneusz Siwek