Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

John Marwood Cleese

Eric Idle

Michael Palin

Terry Jones

Terry Gilliam

Graham Chapman

Carol Cleveland

Nie bądź obojętny!

stat4u

 

 


Monty Python w prasie

ŚMIEJ SIĘ ŚMIAĆ

     Jak wytłumaczyć niezwykłość kulturowego zjawiska zwanego Monty Pythonem mieszkańcowi współczesnej Polski, w której - jak wynika z badań - 42 proc. obywateli nie jest w stanie zrozumieć instrukcji obsługi prostego urządzenia technicznego? Przyznaję, że nie bardzo wiem i liczę na współpracę samych Czytelników. Zacznijmy zatem od spraw elementarnych. Jeśli uważają Państwo na przykład, iż lider Samoobrony:
a) właściwie troszczy się o polską rację stanu; b) jest uosobieniem męskości; c) jedno i drugie - proszę natychmiast przestać czytać ten tekst. Szkoda czasu, naprawdę! Jeśli zaś nie podzielają Państwo tych poglądów, proszę pozwolić sobie po-wiedzieć, że:
    Przeczytałem sporo o Monty Pythonie i zdumiało mnie, iż owe mniej lub bardziej wyrafinowane analizy (geniusze śmiechu, obrazoburstwo i anarchia, nowa jakość, kwintesencja absurdu, święto rzygania, odbicie XX wieku, bunt artystyczny przeciw skostniałym formom itp.) pomijają to, co w moim głębokim przekonaniu w Pythonach najistotniejsze, i co, jak sądzę, powinni Państwo przede wszystkim zapamiętać: że jest to humor inteligentów dla inteligentów.
    Dlaczego to ważne? Po pierwsze dlatego, iż wyznacza poziom żartu. Poczucie humoru jest miarą inteligencji, choć - rzecz jasna - nie każda inteligentna istota jest w nie wyposażona. Jeśli jednak posiada tę właściwość, potrafi percypować świat na najwyższym dostępnym ludzkości poziomie dowcipu. W przypadku twórców z Monty Pythona było to zaś sześć piekielnie inteligentnych i szalenie dowcipnych jednostek. Potencjał żartu został zatem nie tyle pomnożony, ile wyniesiony do wielo-krotnej potęgi. Monty Python to jedno z największych osiągnięć homo sapiens w dziedzinie dowcipu. To Jan Sebastian Bach poczucia humoru. Ktoś powiedział, że muzyka Bacha jest dla niego najważniejszym dowodem na istnienie Boga. Dla mnie nie inaczej jest z Pythonami. Że ich żarty miały często charakter antyreligijny? No właśnie! Bóg - o ile ma poczucie humoru - nie mógł ich natchnąć inaczej! Dobry dowcip jest zawsze formą transgresji, boski dowcip zwłaszcza. Jak w przypadku Abrahama, któremu Stwórca kazał zabić jedynego, długo wyczekiwanego syna Izaaka. Abraham zabrał syna na górę i posłusznie chciał zarżnąć, kiedy "Pan wstrzymał mu rękę i rzekł: - Jak mógłbyś uczynić taką rzecz?
    I Abraham rzekł: - Ale Ty rzekłeś.
    - Nieważne, co ja rzekłem - ozwał się Pan. - Czy ty słuchasz każdego szalonego pomysłu, jaki ci tylko przyjdzie do głowy?
    I zawstydził się Abraham: - No... nie całkiem... nie...
    -Ja w żartach zaproponowałem ci poświęcenie Izaaka, a ty zaraz pobiegłeś to zrobić.
    I padł Abraham na kolana: - No tak, tylko że ja nigdy nie wiem, kiedy sobie żartujesz!
    I zagrzmiał Pan: - Żadnego poczucia humoru. To nie do wiary!
    - Ale czy to nie dowód, że Cię kocham? To, że chciałem poświęcić jedynego syna dla Twej zachcianki?
    I rzekł Pan: - To dowodzi tylko tego, że niektórzy ludzie gotowi są wykonać każde polecenie, choćby nie wiem jak głupie, jeśli tylko wydaje je dźwięczny, dobrze postawiony głos
".
    Jeśli sądzą Państwo, iż powyższy cytat pochodzi z Biblii Tysiąclecia, proszę odłożyć ten artykuł. Naprawdę, szkoda czasu. Jeśli czują Państwo, że jednak nie, choć nie wiedzą dokładnie skąd, proszę mi pozwolić powiedzieć, że:
    Nie jest to skecz Monty Pythona, tylko fragment opowiadania Woody'ego Allena, kolejnego geniusza humoru. Również inteligenta piszącego dla inteligentów, a w moim głębokim przekonaniu jednego z najdowcipniejszych ludzi w historii naszego gatunku. Nikt tak jak on nie potrafił dowcipnie uchwycić relacji między Stwórcą a jego stworzeniem: "Pan jest miłosierny. Pozwolił mi wylegiwać się na zielonych pastwiskach. Kłopot tylko z tym, że nie mogę wstać".
    Proszę potraktować ten dowcip jako test. Dla jasności dodam, że jest śmieszny niezależnie od religijnych uwarunkowań. Osobom szczególnie głęboko zanurzonym w wierze przypominam, że bycie blondynką, policjantem, Polakiem, mieszkańcem Wąchocka itp. nie uniemożliwia rozpoznania dobrego dowcipu w żartach na wyżej wymienione tematy. Jeśli jednak dowcip o zielonych pastwiskach, z których nie można się podnieść, Państwa nie rozbawił, wniosek jest jednoznaczny: nie mają Państwo poczucia humoru. Żadna tragedia, rzecz jasna, z tym można żyć. Choć, prawdę mówiąc, nie wiem jak...
    Wiem za to, iż wiele osób będzie się buntować przeciw takiemu postawieniu sprawy. Bezzasadnie! Należy w końcu rozprawić się z zabobonem, iż poczucie humoru jest sprawą względną. Otóż nie jest! Człowieka, który nie słyszy różnicy między c a cis, nie nazwalibyśmy nigdy muzykalnym, bo niemal wszyscy wiedzą o istnieniu tak zwanego słuchu absolutnego, choć niewielu ma świadomość, co owo pojęcie naprawdę opisu-je. Jednak tak samo jest w przypadku poczucia humoru. Istnieje dowcip absolutny, rodzaj wzorca, niczym metr z podparyskiego Sevres. Gdzie go znaleźć? W tekstach Monty Pythona i Woody'ego Allena właśnie! W filmach braci Marx... A w Polsce - u Jeremiego Przybory. To są wzorce idealne i proszę to przyjąć za pewnik. Natomiast jeśli mają Państwo, na przykład, szwagra, który wyłącza telewizor, kiedy pojawia się retrospekcyjna emisja Kabaretu Starszych Panów, zaś bawi go, jak mu się odbije po deserze, znaczy to mniej więcej tyle, iż w waszym rodzinnym Sevres ktoś odpiłował spory kawał żelastwa.
    Monty Python wymaga nie tylko poczucia humoru, lecz także - przede wszystkim - poczucia absurdu. Skecze często nie mają początku ani zakończenia, są alogiczne i bez puenty. Rozwijają się w nieoczekiwanych kierunkach. Są jak test na inteligencję przygotowany przez Mensę. Jeśli znajdujące się w owych testach figury nijak się Państwu nie układają w całość, proszę już dalej nie czytać. Szkoda czasu. Jeśli natomiast jakiś porządek Państwo tam dostrzegają, proszę pozwolić powiedzieć sobie, iż:
    Warto być dowcipnym, bo poczucie humoru jest jedną z najważniejszych cech ludzkich. Według niektórych teorii u podstaw naszej skłonności do żartowania leży ni mniej, ni więcej tylko proces doboru płciowego, który charakteryzuje się tym, że rozwija i powiększa pożądane cechy. Mózg wedle tej teorii rozwinął się zatem nie jako instrument umożliwiający wykonywanie narzędzi, polowanie, dwunożne chodzenie czy używanie ognia, ale jako instrument służący do prowadzenia zalotów i zatrzymania przy sobie partnera seksualnego. Geoffrey Miller, psycholog z Uniwersytetu w Stanford, pisze: "Tak jak pawice zadowala tylko wizualnie wspaniały pokaz upierzenia samca, tak samo samce i samice naczelnych zaczęły się zadowalać tylko elokwentnymi i dowcipnymi partnerami". Co potwierdzają listy cech najbardziej pożądanych umieszczane w każdym niemal magazynie kobiecym, na których inteligencja, poczucie humoru i kreatywność wyprzedzają bogactwo, a nawet urodę.
    Być może zresztą dlatego śmiech i niepohamowana wesołość - mimo ich pozornej powszechności w świecie - podlegają nieustannie tabuizacji. Poczucie humoru dotyka ten sam paradoks, który ogranicza ludzki seksualizm: z jednej strony nieustanne pragnienie, z drugiej - skodyfikowany zestaw zakazów. Dzieci mają naturalną skłonność do żartowania. Jednak od najmłodszych lat wbija im się do głowy, z czego i kogo nie należy, a nawet nie wolno, się śmiać: z rodziców, starszych, Boga, śmierci, Ojczyzny, cierpienia, władzy itp. Kiedy więc dorastają, mają już wpisany w umysł system samoograniczeń, dość zbliżony do zbioru tabu dotyczących życia płciowego, l jak każdy powszechny system ograniczający jest to zwycięstwo przeciętności nad wyjątkowością. Demokracja służy bardziej miernotom niż osobom wybitnym, zakaz poligamii - jednostkom nieatrakcyjnym, a tabu dotyczące humoru - mrukom. Jeśli słuszna jest teoria Geoffreya Millera - iż dowcip to silna broń w walce o dostęp do zasobów, jakimi jest inna płeć - staje się oczywiste, dlaczego niedowcipni za wszelką cenę będą się starali cudze poczucie humoru ograniczyć. Chrześcijaństwo z jego antyseksualnymi obsesjami bardzo tu było użyteczne, ale i starożytni podlegali temu samemu mechanizmowi. Platon pisał: "Jeśli ktoś przedstawia ludzi godnych szacunku jako pokładających się ze śmiechu, nie można się z tym zgodzić", co Diogenes Laertios, autor "Żywotów i poglądów słynnych filozofów", tłumaczy tym, iż Platon po prostu sam nie był człowiekiem dowcipnym. Podobnie jak niejaki B.W. z Łodzi, który po emisji "Latającego Cyrku Monty Pythona" w roku 1994 wysłał list do telewizji: "Pierwsza wojna światowa to była rzeź. Miliony ludzi straciły życie. W ostatnio wyemitowanym "Latającym Cyrku..." TVP uraczyła nas niewybrednymi żartami na ten temat. Pytam się, kto ustala ten program?". Albo jak A.P. z Żywca, który pisał oburzony do "Gazety Telewizyjnej": "Oglądając ten film, zastanawiałem się po prostu, z czego się tu śmiać? Ten film nie reprezentuje niczego, a potocznie mówiąc, jest idiotyczny. Nie ma w sobie żadnej puenty, a całość w ogóle nie trzyma się kupy. Rozumiem, iż Anglikom może się on podobać, ale dlaczego również i my mamy być na niego skazani? Kto wybiera te seriale? Może w końcu telewizja zacznie się z nami liczyć!".
Jeśli również uważają Państwo, że zamiast na humor Monty Pythona powinniśmy być skazani wyłącznie na wice panów Dańca i Rewińskiego oraz serial "Świat według Kiepskich", proszę po raz kolejny, by w tym miejscu przerwać czytanie. Szkoda czasu, słowo honoru. Jeśli zaś nie podzielają Państwo tej opinii, proszę pozwolić sobie powiedzieć, iż:
    Jesteście Państwo, niestety, na straconej pozycji, ponieważ fenomen Monty Pythona już nigdy się nie powtórzy. Nie dlatego, że Pythoni się zestarzeli, ani nie dlatego, że nikt równie genialny jak oni się nie pojawi. Po prostu żadna telewizja świata nie wyemituje już takiego programu jak "Latający Cyrk...". Telewizja XXI wieku - choć podzielona na tysiące stacji - w rzeczywistości jako produkt unifikuje się w sposób niesłychany. Złotym cielcem, któremu wszyscy biją pokłony, staje się oglądalność. Oglądalność znaczy powszechność. Powszechność to egalitaryzm. Egalitaryzm to antyinteligenckość. Punktem odniesienia dla telewizyjnych decydentów są dziś widzowie najgłupsi i najprymitywniejsi. To oni wyznaczają poziom. Widzowie o subtelniejszym poczuciu humoru i poziomie inteligencji powyżej kanału ściekowego są zaś - jako odpad medialny - całkowicie pomijani.
    Widza inteligentnego ignoruje się też, bo znacznie trudniej go zadowolić. Sprawdza się ta sama prawidłowość, która dotyczy reklamy. Dlaczego filmy reklamowe w przeważającej większości uwłaczają inteligencji? Bo mogą, są bowiem adresowane do tej części populacji, która - jak mawia Marek Piwowski - ma zaledwie dwa zwoje mózgowe. A dlaczego akurat do niej? Bo spróbujcie kogoś, kto ma więcej zwojów, namówić do kupna rzeczy, której w ogóle nie potrzebuje...
    Przekonanie, że widzowie przed telewizorami to wyłącznie półgłówki, którym wystarczy pokiwać palcem, by pękali ze śmiechu, jest nieznośne. Co gorsza - jest szkodliwe. Bo psuje gust tym, co go mają, a półgłówków utwierdza w wierze, że świat należy do nich. Tymczasem komedia to gatunek, w którym - równie dobrze jak w dramacie - można przekazywać treści głębokie i ważkie. W pogoni za najszerszą widownią nie trzeba, a nawet nie wolno, porzucać rejonów ambitnego żartu dla tandetnych wiców. Widza, który (jak szwagier tych, co od pewnego czasu nie towarzyszą Państwu w lekturze tego tekstu) głośno pobekuje i ma dziury w skarpetach, nie należy przekonywać, iż może się stać pozytywnym bohaterem komedii. Należy go raczej zawstydzać. Tłuszcza istniała zawsze, teraz jednak, niestety - jak nigdy dotąd - nie wstydzi się ujawniać swego istnienia. Co więcej, dumna jest ze swoich troglodyckich odruchów, a stacje telewizyjne jej w tym przyklaskują.
    Tymczasem Monty Python - podobnie jak Woody Allen czy nasz genialny Jeremi Przybora - pochylał się nad ludźmi, którzy czytają nie tylko reklamy znajdowane w skrzynce pocztowej, którzy słowo "analiza" rozumieją szerzej niż "badanie moczu" i którzy wiedzą, że "refleksje" to nie zmiany skórne po wizycie w solarium. Pochylał się i mówił: to nie wstyd wiedzieć więcej i rozumieć głębiej...
    Jeśli wiedzą Państwo więcej i rozumieją głębiej, proszę zatem zachować Monty Pythona we wdzięcznej pamięci. Jeśli nie - przykro mi, że zająłem tyle czasu. Uczciwie jednak ostrzegałem.


ANDRZEJ SARAMONOWICZ
"Przekrój", 10/2002


inne artykuły

do góry

 
www.modrzew.kfubik.pl   © Ireneusz Siwek 2003 / Julius Caligo 2013