Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

     AND NOW...
     FILMOTEKA
Najdroższy film Monty Pythona
 
 
      Karmazynowe ubezpieczenia ostateczne

MONTY PYTHON I ŚWIĘTY GRAAL

"SENS ŻYCIA według MONTY PYTHONA"

MONTY PYTHON'S THE MEANING OF LIFE (1983)



REŻYSERIA
Terry Jones

SCENARIUSZ I OBSADA
Graham Chapman
John Cleese
Terry Giliam
Eric Idle
Terry Jones
Michael Palin

TAKŻE WYSTĘPUJĄ
Carol Cleveland
Simon Jones
Patricia Quinn
Andrew MacLachlan
Mark Holmes

REŻYSERIA ANIMACJI
ORAZ SEKWENCJI SPECJALNYCH
Terry Gilliam

MUZYKA
John Du Prez


PRODUKCJA
John Goldstone
UNIVERSAL co. C.I.C
 

COPYRIGHT © 1983  MONTY PYTHON PARTNERSHIP
 

Wielka Brytania - 1983

Czas projekcji - 107 minut
wersja rozszerzona - 112 minut
 

Oficjalny zwiastun filmu "Sens życia według Monty Pythona"



 

Czy to ma sens?

Opus magnum. Łabędzi śpiew. Doskonałe, finalne dzieło Pythonów. Film poszukuje sensu naszego istnienia, na wszystkich kolejnych etapach ludzkiego życia. Jedna z najbardziej spektakularnych, niekonwencjonalnych komedii ludzkich wszystkich czasów. Dzieło mądre i gorzkie. A także - nieprawdopodobnie zabawne. Adresowany (nikogo nie chcemy oszukiwać) przede wszystkim do ryb - które składają się (spójrzmy prawdzie w oczy), bądź co bądź na 40 % kręgowców - jest film ten jedynym dziełem w historii naszej zachodnioeuropejskiej cywilizacji, które porusza wszystkie aspekty życia w całej jego złożoności, stawia najtrudniejsze, odwieczne pytania i udziela na niewyczerpującej odpowiedzi.

Temat: sens ludzkiej egzystencji z punktu widzenia ryby, czekającej na wyrok w akwarium ekskluzywnej restauracji. Narodziny rejestrowane są w każdym formacie (VHS, Beta, 8 mm). Już dzieciństwo wnika w rację bytu plemnika. Dwie lekcje młodości, to lekcja kopulacji i zabijania - chyba nie pominęliśmy niczego ważnego? Dalej - wiek dojrzały. Wiek wzlotów i wymiotów (nie na żarty). A także przeszczepów na żywo! Temat: co mają wspólnego Schopenhauer i Chopin? Obaj zaczynają się na "szop-". Śmierć. Trudno o bardziej idiotyczną formę, ale przynajmniej towarzyszy jej parada ślicznych, młodych piersi. Śmierć to ostatni miły moment życia. Życie pozagrobowe zupełnie się do życia nie nadaje - nawet w Niebie jest ciągle Gwiazdka, a w dodatku wygląda tam jak na Broadwayu.

Scena szturmu Zulusów w części o wojnie, filmowana była pod Glasgow - niestety ciągle lał deszcz. Szkocja z pochmurnym niebem nie wygląda jak RPA; przedłużające się oczekiwanie na "afrykańskie" niebo powodowało rosnącą frustrację. Na planie doszło do autentycznego buntu statystów - murzyńskich studentów zebranych z całej niemal Anglii. Zaczęli narzekać na zimno i na skąpe kostiumy swoich protoplastów, wreszcie, że nie będą grać Murzynów, bo to rasizm. Oliwy do ognia rasowego konfliktu dolał tekst rzucony przez Johna Cleese'a - pod adresem nieszczęsnych "Zulusów" - po kolejnym odwołaniu zdjęć z powodu opadów: "Który skurwysyn wykonał taniec deszczu!?!"

A tytułowy sens życia? W zasadzie nic specjalnego: "Bądź uprzejmy, unikaj tłuszczów, przeczytaj czasem dobrą książkę, chodź na spacery, żyj w harmonii z ludźmi wszelkich ras i wyznań" i " dorzuć zawsze za darmo kilka zdjęć penisów, żeby wkurzyć cenzorów i wywołać choćby iskierkę kontrowersji."

Bo taki jest naprawdę sens życia.

"Machina" nr 9/96

inne artykuły

Film głupi i obraźliwy.

Przed przystąpieniem do czytania poniższego tekstu proszę wziąć pod uwagę, że powstał on w 1984 roku
- Ireneusz Siwek

"Monty Python Flying Circus", czyli "Latający Cyrk Monty Pythona" nazywa się tak dlatego, że wcale nie lata, nie ma nic wspólnego z cyrkiem i wreszcie, ponieważ, nigdy nie istniał nikt o nazwisku i imieniu Monty Python. Tak twierdzą jego autorzy - i to właściwie mówi wszystko o tym najpopularniejszym od początku lat 70-tych rozrywkowym programie brytyjskiej BBC. Półgodzinny program realizuje stale ta sama grupa młodych (u jego zarania) ludzi, którzy sami robią wszystko od początku do końca: znajdują pomysły, piszą teksty, występują przed kamerami i reżyserują. Jest to składanka skeczów, scenek, gagów i blackoutów, w których wykpiwa się dosłownie wszystko: obyczaje, osobistości oraz instytucje, łącznie z nietykalną gdzie indziej osobą królowej, przenicowuje obiegowe poglądy i stereotypy myślowe, drwi z telewizji, prasy, reklamy, kultury i polityki.

Nie jest to przy tym satyra tradycyjna, w stylu londyńskiego "Puncha", lecz nowoczesna satyra "czarna", reprezentowana np. przez francuskie "Harakiri", reklamujące się samo jako pismo głupie i złośliwe, a w minionym dziesięcioleciu pojawiająca się i u nas w "Szpilkach", np. w rysunkach Mleczki. Jest to satyra opierająca się na spotęgowanych elementach absurdu, nierzadko makabry, w której chętnie szarga się różne świętości i równie chętnie "obraża" widza (biorę to wyrażenie w cudzysłów, ponieważ w Anglii nikt nie czuje się obrażony), a ze szczególnym upodobaniem robi się rzeczy w tzw. złym guście.

Gdyby komuś taki typ satyry wydał się naganny, należałoby powiedzieć, że jest to satyra głęboko demokratyczna: po pierwsze bowiem nawiązuje do ludowej tradycji błaznów królewskich, którzy mieli przywilej obrażania i szargania, po drugie zaś jest demokratyczna przez to, że demaskują nadętość i głupotę instytucji i przekłuwając balony obiegowych stereotypów oraz snobizmów bierze w obronę zwyczajnego obywatela, któremu nieustannie robią wodę z mózgu politycy i spece od reklamy, menedżerowie i władcy mass-mediów. "Monty Python" nie jest zresztą w Polsce zupełnie nieznany: telewidzowie pamiętają może, że gdzieś na początku lat siedemdziesiątych nadany został (i powtórzony bodaj dwukrotnie) jeden odcinek w emitowanym wówczas cyklu "Róże Montreux", prezentującym najwybitniejsze dokonania zagranicznej rozrywki telewizyjnej. Wśród skeczów była wizyta petenta w gabinecie dyrektora departamentu w Ministerstwie Śmiesznego Chodzenia; quiz telewizyjny, będący połączeniem "ukrytej kamery" z szantażem - w miarę jak pokazywane były coraz drastyczniejsze wydarzenia delikwenci mogli dzwonić do redakcji i żądać przerwania programu, i później jednak to robili, tym wyższa suma haraczu wchodziła w grę; wywiad telewizyjny z ministrem budownictwa, który zapytany został przez dziennikarza, dlaczego zamiast obiecanych Anglikom w chwili obejmowania przezeń urzędu 8692481 mieszkań w samym Wielkim Londynie, oddano w rezultacie... 3; reportaż z eksperymentalnej wersji filmu "Wichrowe wzgórza" (ze względu na szum wichru postacie na ekranie porozumiewają się za pomocą chorągiewek sygnalizacyjnych), a wreszcie w równie eksperymentalnej wersji walca "Nad pięknym modrym Dunajem" przy każdym akordzie wylatywał w powietrze kolejny muzyk, a orkiestra grała w coraz bardziej zubożonym muzycznie składzie.

Popularność programu, który nadawany jest również przez telewizję amerykańską, jest tak wielka, że autorom przed kilku laty zaproponowano zrealizowanie filmu kinowego w stworzonej przez nich konwencji. Po pierwszym "Monty Pythonie" nastąpił drugi: "Monty Python i Święty Graal", w którym, jak tytuł wskazuje, nicią wiążącą skecze była legenda o królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu, obecnie zaś na festiwalu w Cannes zaprezentowany został trzeci film "Monty Python i sens życia", zdobywając zasłużenie jedną z głównych nagród.

Film ten trzeba byłoby właściwie szczegółowo opisać i przeanalizować poszczególne skecze. Powiedzmy więc ogólnie, że składa się on z ciągu scenek, których nicią przewodnią są poszczególne etapy ludzkiego życia, od narodzin (a właściwie od poczęcia!), poprzez szkołę, inicjację seksualną, perypetie życia dorosłego aż po śmierć, po której zaglądamy - rzecz jasna - do nieba i do piekła. Niektóre epizody mają ogólnofilozoficzny, refleksyjny charakter - jak rozpoczynająca film opowieść o buncie starych, niskich rangą urzędników bankowych przeciwko młodym menedżerom technokratom, którzy zawładnąwszy bankiem niby statkiem odpływają do Nowego Świata (wielka kamienica w londyńskim city odrywa się od fundamentów i sunie ku morzu, aby następnie popłynąć na zachód). Inny tego typu epizod, to motyw przewodni ukazujący trzymane w akwarium ryby, które zamiast łbów mają twarze ekipy "Monty Pythona". Komuż nie dostaje się w tym filmie! W konwencji musicalu na tle nędznego zaułka wymizerowane małżeństwo katolików śpiewa song przeciwko środkom antykoncepcyjnym, w otoczeniu chóru i baletu równie wymizerowanego potomstwa (protestantom dostaje się zresztą też, z innego oczywiście powodu).

Scena porodu w szpitalu odbieranego przez rozkojarzonych i niekompetentnych lekarzy, uruchamiających jakąś potwornie skomplikowaną aparaturę medyczną - wysoce obraźliwa dla ginekologów i nie wskazana dla kobiet mających kiedykolwiek zamiar rodzić. "Wesoły sanitariusz" Mleczki to przy tym łagodna sielanka.

Służba zdrowia pojawia się zresztą raz jeszcze, w postaci ekipy pobierającej od dawców organy dla transplantacji - ekipa odwiedza zaskoczonych dawców nie czekając na ich zgon i dokonuje ekstrakcji wątroby i nerek. Fakt, że w charakterze narzędzi chirurgicznych używane są szczypce i obcęgi niewiele już dodaje do klimatu scenki.

Twórcy nie pomijają również nauczycielstwa: nie mogąc przezwyciężyć bezwładu umysłowego uczniów, którzy ani się nie interesują, ani nie potrafią się niczego nauczyć na lekcjach wychowania seksualnego, ofiarny nauczyciel przyprowadza do klasy swoją żonę, wraz z którą dokonuje praktycznej demonstracji aktu seksualnego, komentując go jednocześnie oraz karcąc nie uważających uczniów.

Akcenty społeczne pojawiają się w parodii "Wielkiego żarcia": w eleganckiej restauracji siedzi opasły burżuj, który zamawia całe półmiski najbardziej wyszukanych potraw i połyka je łapczywie. Jedzenie spływa mu po brodzie i ubraniu, przy odbijaniu się resztki potraw opryskują konsumentów przy sąsiednich stolikach, gość wymiotuje, brzuch rośnie mu do karykaturalnych rozmiarów, a ponieważ nie przerywa żarcia, kałdun w końcu rozrywa się w hukiem, opryskując całą salę obrzydliwą mazią.

Śmierć również przychodzi przy okazji wykwintnego posiłku. Grono wytwornych biesiadników w wiejskiej rezydencji zjada na kolację jakąś wyszukaną, lecz nieświeżą konserwę. Gdy przychodzi Śmierć w postaci człowieka o wzięciu wyraźnie proletariackim, goście do końca są przekonani, że chodzi o jakiegoś farmera, czy mechanika z sąsiedztwa, uparcie obracają jego Nazwanie w nazwisko, i tytułują go "Mr. Death". Kolacja jako obraz egzystencji - czy to nie aluzja do Bunuela?

DDostaje się również ideologii kiplingowsko-imperialnej: na biwaku w dżungli wszyscy skarżą się na moskity, jednakże taki drobiazg nie wstrzyma dzielnych Brytyjczyków, mimo, że cokolwiek podejrzany wydaje się fakt, że noga ugryziona przez moskita to resztka krwawiącego kikuta tuż przy pachwinie. Wreszcie bitwa z tubylcami, straszliwa jatka, w trakcie której wytworni arystokratyczni oficerowie Jej Królewskiej Mości demonstrują szyk i nienaganne maniery oraz pełną niekompetencję militarną.

Wreszcie Niebo, Raj - czyż można wyobrazić Raj inaczej, niż jako wieczny pobyt w luksusowym hotelu - pensjonacie w najwspanialszych podzwrotnikowych miejscowościach, zorganizowany przez sprawnych i uśmiechniętych agentów biura podróży dla amerykańskich turystów?

Oczywiście nie zalecam sprowadzania tak cynicznego filmu do Polski, a już tym bardziej odradzam młodym twórcom próby wymyślenia czegoś podobnego u nas, gdzie o obrazę jest niesłychanie łatwo. To w Polsce kiedyś, w ślad za lawiną listów i telefonów, wybitny a nieżyjący już aktor komediowy miał na przeciąg roku zakaz występowania w telewizji, ponieważ w trakcie rozrywkowego programu włożył ręce do kieszeni. To u nas również znana publicystka napisała niedawno o telewizyjnym programie "Progi i bariery", nadawanym w latach siedemdziesiątych, że był to program uczący niekulturalnego zachowania, ponieważ jego uczestnicy mogli przerywać rozmówcy za pomocą dzwonka, gdy zaczynał mówić nudno i rozwlekle - co na tle panującej nieumiejętności mówienia krótko i prosto było właśnie rzeczą ogromnie pouczającą.

O stronie filmowej obrazu niewiele można powiedzieć, ponieważ jest ona idealnie neutralna i jeżeli "Monty Python" wejdzie do historii filmu, to nie jako nowy krok w dziedzinie sztuki filmowej, lecz jako współczesna wersja Braci Marx.

JACEK FUKSIEWICZ
Miesięcznik "KINO"
nr 3/84 (marzec 1984)
 

Serdeczne podziękowania dla mojej ukochanej małżonki, Eweliny, która dyktując mi powyższy tekst, wydatnie skróciła czas jego wklepywania w komputer.
-
Irek Siwek, 27 maja 2001

inne artykuły

Kilka słów o "Sensie życia" z DVD.

Najważniejsze dzieło najbardziej zwariowanej grupy komików na świecie. Nie pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Sens życia wg Monty Pythona, ale na pewno były to już lata dziewięćdziesiąte. Widziałem wcześniej Świętego Graala i Żywot Briana, jednak to, co ujrzałem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Już sama forma była dla mnie pewnym zaskoczeniem. Dwa powyżej wymienione tytuły były fabularnymi całościami. Tym razem panowie John Cleese, Graham Chapman, Terry Jones, Eric Idle, Terry Gilliam i Michael Palin zdecydowali się na cykl pomysłowo powiązanych krótkich nowel. Jednak, żeby dotrzeć do "właściwego filmu", należy najpierw przebrnąć przez Krótki dodatek filmowy, jak się później okazuje, nie będący tak zupełnie bez związku z całością. Wszystko to sprawia, że Sens życia więcej ma chyba wspólnego z telewizyjnym Latającym Cyrkiem Monty Pythona niż z poprzednimi filmami fabularnymi trupy. W tym filmie Pythoni stworzyli kreacje, których po prostu nie da się zapomnieć. Jak: Pan Gruby (Terry Jones), zakąszający obfity obiad miętowym opłatkiem, czy John Cleese jako belfer, udzielającego lekcji seksu. Także kreacja Erica Idle'a i Michaela Palina jako tygrysa. Tego po prostu nie da się wymazać z pamięci.

No i te zwariowane piosenki, jak Penis Song (not The Noel Coward Song) czy Every Sperm Is Sacred. Nie dawały mi spokoju do tego stopnia, że pewnego dnia musiałem wybrać się do sklepu, by kupić album z utworami niezwykłego sekstetu. Szkoda tylko, że Sens życia okazał się ostatnim filmem nakręconym przez cały zespół Monty Pythona (Idle, Jones, Cleese, i Palin wystąpili jeszcze razem w bajce O czym szumią wierzby w 1997 roku).

Z niecierpliwością oczekuję na dalsze tytuły Pythonów na DVD. Zwłaszcza, że za Oceanem można już kupić nie tylko Żywot Briana i Świętego Graala, ale i cały Latający Cyrk.

MICHAŁ KIRMUĆ
"Tylko Rock", nr 6 [118] (czerwiec 2001)


Nareszcie jeden z moich ukochanych filmów ukazał się na niezniszczalnym pod wpływem wielokrotnego oglądania nośniku. Panowie Graham Chapman, John Cleese, Terry Gilliam, Eric Idle, Terry Jones i Michael Palin pobili w nim rekord świata w konkurencji pod tytułem „Wyszydzamy to, co wyszydzone być powinno”. Że przypomnę tylko maszynę, która robi „Ping”, dialog o różnicach między katolikami a protestantami, lekcję wychowania seksualnego z prezentacją Johna Cleese’a , akcję oddawania nerki no i scenę, która za każdym razem rozśmiesza mnie do łez – wizytę grubasa w eleganckiej restauracji. Genialne są tu też piosenki (o świętości spermy, o penisie) i animowane wstawki autorstwa Terry’ego Gilliama (rodzina liści popełnia samobójstwo). Zresztą o tym filmie nie ma co pisać, bo trzeba by go przepisywać. Jednego tylko żal. Dla fanów Monty Pythona wypuszczenie na rynek wersji w tłumaczeniu innym niż Tomasza Beksińskiego to nieporozumienie. Przecież okres musi był rzęsisty… Wydanie DVD nie ma żadnych (!) dodatków.

MONIKA ZAKRZEWSKA
"Machina", numer 12 [57] (grudzień 2002)


Spisał i nadesłał: Filip Cwojdziński

Scenariusze i katusze

Scenariusz dla anglojęzycznych - wersja orginalna
 

Fotki czyli obrazki nieruchome

GALERIA FOTOSÓW czyli OBRAZKI Z ŻYCIA

Video-fragmenty czyli obrazki ruchome

Przygody Marcina Lutra /sceny wycięte/ ( 1,9 MB /format ram )

Piosenki, które można czytać i... zaśpiewać

Wersja polska

Wersja oryginalna


Piosenki, które można posłuchać i... zaśpiewać

Wersja - tylko - oryginalna

The Meaning of Life (3,23 MB/format mp3)
Every Sperm is Sacred (250 kB/format mp3)
Penis Song (120 kB/format mp3)
Galaxy Song (1,36 MB/format ra)
 

Audio-fragmenty filmu czyli dźwięki

Poklikaj i posłuchaj
 


do góry

  © 1999-2001 Adam Kowalczyk  & 2001-2003 Ireneusz Siwek