Święty Graal
zobacz więcej plakatów

 

MONTY PYTHON
I ŚWIĘTY GRAAL

Monty Python
and the Holy Grail
 

Reżyseria
 
Terry Gilliam i Terry Jones
 
 
Scenariusz i obsada
 
Graham Chapman
John Cleese
Terry Gilliam
Eric Idle
Terry Jones
Michael Palin
 
 
Także występują
 
Carol Cleveland
Connie Booth
Neil Innes
Rita Davies

 
 
Animacje

Terry Gilliam
 
 

Muzyka
 
Neil Innes
De Wolfe
 
 

Zdjęcia
 
Terry Bedford
 
 
Montaż
 
John Hackney
 
 
Efekty wizualne
 
Julian Doyle
 
 
Produkcja
 
Mark Forstater
Michael White
 

 
Producent wykonawczy
 
John Goldstone
 
zobacz pełną obsadę i twórców

 

MICHAEL WHITE PRODUCTION
 
Copyright © 1975 PYTHON (MONTY) PICTURES Ltd.

 
 
Gatunek:
 
komedia, przygodowy
 

Kraj produkcji:
 
Wielka Brytania
 

Data premiery:
 
14 marca 1975 roku
 

Czas projekcji:
 
83 minuty
 
wersja rozszerzona:
 
91 minut
 

Nagrody:
 
1976
- nominacja do nagrody Hugo (najlepsza prezentacja dramatyczna)
 

Tytuły alternatywne:
 
Mønti Pythøn ik den Høli Gräilen
 

stat4u

Oglądaj!

Nie bądź obojętny!

Edno

Ubik


   
 

Relacje z obchodów jubileuszu 40. rocznicy premiery filmu


MONTY PYTHON I ŚWIĘTY GRAAL
(1975)

 

w polskich kinach (14 października 2015)

 

Relacje z pokazów specjalnych filmu "Monty Python i Święty Graal"

 
Święty Graal w Kinie Forum (Białystok)
- Julius Caligo (Monty Python's Modrzew)

Święty Graal w Kinie Nowe Horyzonty (Wrocław)
- Ziggy (forum Edno Żżarło Środu)

Święty Graal w Kinie Muranów (Warszawa)
- Mrs. Teal (forum Edno Żżarło Środu)
 

Relacja z pokazu specjalnego "Świętego Graala" w Kinie Forum (Białystok)

 
To dla nas niezwykły zaszczyt, że możemy obwieścić wszem wobec, że Roku Pańskiego 2015, czternastego dnia października w zacnym grodzie Białymstoku, Wersalem Północy zwanym, a według legendy założonym przez Wielkiego Księcia Litewskiego Gedymina, dziada niejakiego Jogajły, w Polsce znanego lepiej jako król Władysław, założyciel osławionej dynastii Jagiellonów, której hołd oddawali najsłynniejsi władcy ówczesnej Europy, a której potęga poprzez wieki stawiała opór nie tylko dzikim hordom z dalekich ostępów Azji, broniąc granic zachodniej cywilizacji przed ich najazdami, ale też Państwu Krzyżackiemu, chcącemu ustalić nowy ład w tej części Europy i narzucić swe chrześcijańskie prawa za pomocą ognia i miecza...

Przepraszam... Chyba się nieco zagalopowałem...

(Tu następują szybkie uderzenia dwóch połówek skorupy orzecha kokosowego o siebie imitujące stukot kopyt galopującego wierzchowca)

Zacznę jeszcze raz...

To dla nas niezwykły zaszczyt, że możemy obwieścić wszem wobec, że Roku Pańskiego 2015, czternastego dnia października w zacnym grodzie Białymstoku, miało miejsce wiekopomne wydarzenie. Tegoż właśnie dnia w progi białostockiego Kina Forum zawitał jeden z najodważniejszych władców, jacy kiedykolwiek panowali w tej części świata, osławiony i nieustraszony Artur, król Brytów, pogromca Saksonów, władca całej Anglii, a wraz z nim jego najwierniejsi i najdzielniejsi Rycerze Okrągłego Stołu.

Tegoż właśnie dnia w białostockim Kinie Forum w ramach organizowanego przez DKF "GAG" cyklu Klasyka Kina odbył się specjalny, jubileuszowy pokaz kultowego filmu "Monty Python i Święty Graal, którego wielkim fanem był sam Elvis Presley - największy idol mojego ojca, a także niekwestionowany król... (Co ja piszę? Przecież nie ma króla nad Artura).

O samym filmie nie będę się tu rozpisywał. Recenzję owego filmu napisałem już wieki temu, a że nic się w moim postrzeganiu "Świętego Graala" od tamtej pory nie zmieniło (film za 50-tym obejrzeniem jest tak samo kultowy jak za pierwszym), uznałem, że nie miałoby to najmniejszego sensu. Poza tym, jak wskazują wszelkie dane statystyczne, nie ma obecnie na świecie takich fanów Monty Pythona, którzy by choć raz życiu nie widzieli owego wiekopomnego dzieła (no dobra, jest jeden - ale to tylko potwierdza regułę!), zaś osoby nie będące fanami grupy zapewne i tak nie przeczytają tego tekstu, no chyba że przez przypadek trafią na naszą niszową stronę, wygooglując frazę "Krzysztof Szubzda"... ale o nim za chwilę.

Kiedy w poniedziałek, 5 października, przeglądałem repertuar Kina Forum na kolejne dwa tygodnie (z cichą nadzieją typu "a może jednak..."), i kiedy zobaczyłem, że repertuar na 14 października jest już rozpisany od rana do późnego wieczora, zaś wśród wymienionych tam filmów nie było "Świętego Graala", pomyślałem: "Fajnie by było zobaczyć to u nas, ale półtora tygodnia to stanowczo za mało, by ściągnąć kopię filmu i rozgłosić wydarzenie w taki sposób, by trafiło do osób najbardziej zainteresowanych. No cóż, może uda się kiedyś kogoś namówić do puszczenia czegoś pythonowskiego w moim mieście, ale chyba nie tym razem. Szkoda...".

Przede wszystkim szkoda było mi z tego powodu, że wiedząc o jubileuszu 40-lecia "Świętego Graala" obchodzonym w kinach na całym świecie oraz specjalnych pokazach organizowanych we Wrocławiu i Warszawie, mój czas był zbyt ograniczony, bym mógł wcześniej porozmawiać z którąś z osób decyzyjnych o możliwości ściągnięcia kopii filmu do cenionego przeze mnie Kina Forum i uczestniczenia w tym ogólnoświatowym wydarzeniu w naszym kochanym Wersalu Północy.

Jakież było moje zdziwienie dnia następnego, kiedy otrzymałem od DKF-u "GAG" facebookowe zaproszenie do wzięcia udziału w specjalnym, rocznicowym pokazie filmu (gdybym był schizofrenikiem, uznałbym, że skubańcy czytają w moich myślach i przestałbym im ufać). Niecałą godzinę później wpadł mi do głowy pomysł na uatrakcyjnienie owego pokazu...

Stop! Pamiętaj, co ci powtarza twój psychiatra, Dr A. Kula: "Nie zdradzaj za dużo od razu. Poczekaj na odpowiedni moment..."

Przepraszam za powyższy akapit - pisałem go do siebie... ale po za tym jestem całkowicie (prawie) zdrowy.

No dobra, koniec owijania w królika... Zajmijmy się tym całym, pożal się Boże, pokazem... No cóż... Jakby na to nie spojrzeć, same minusy... Problemy techniczne z  napisami... Zbyt mały ekran... Tylko jedna sala kinowa, a w dodatku nawet niewypełniona widzami po brzegi jak w pozostałych trzech miastach... Jacyś mnisi zaczepiający wchodzących na pokaz widzów i zbierający datki na rzecz swego zakonu przed wejściami do sali projekcyjnej (z łapami to pod kościół, a nie do kina, klechy!)... A do tego marnotrawienie naszego bezcennego czasu jakimiś nikomu nie potrzebnymi prelekcjami czy performensami pachnącymi amatorszczyzną na kilometr... Poza tym po kiego grzyba puszczacie coś, co ma więcej lat niż "American Pie", wy parszywe, sentymentalne gnojki?! A co najważniejsze, gdzie, do k... nędzy, jest mój popcorn i cola?! "I want my fucking money back!".

"Przepraszam wszystkich... Poniosło mnie... Nie kłóćmy się o to, kto kogo zabił... To miała być wesoła uroczystość... "

I taka właśnie była - wesoła - mimo wpadek i niedociągnięć. W tym miejscu przepraszam za powyższy akapit (a właściwie za akapit znajdujący się ponad powyższym akapitem). To, co w nim napisałem, jest tak naprawdę zupełnym przeciwieństwem moich odczuć związanych z pokazem. Po prostu przez chwilę wczułem się w rolę typowo heliosowego pożeracza popcornu (nie żebym uważał prażoną kukurydzę za coś złego). 

Pomimo wielu zastrzeżeń, jakie można by było w tym miejscu wymienić, pozwólcie, że sparafrazuję słowa Stanisława Tyma: "Ważne, by minusy nie przysłoniły nam plusów!". A tych plusów nie było wcale mało... "I to nieprawda, że dach przeciekał, tym bardziej, że prawie nie padało".

Przepraszam za ten przydługi, do tej pory nic nie mówiący o samym pokazie wstęp. Stanowi on jednak świadome nawiązanie do konkretnej wypowiedzi Krzysztofa Szubzdy z jego prelekcji: "(...) miałem zamiar mówić same głupoty niezwiązane z filmem, ale organizatorzy prosili, by było trochę sensu w moim przemówieniu". I tu zaczyna się moja faktyczna relacja, ponieważ powyższe zdanie było jednocześnie pierwszymi słowami prelegenta, jakie usłyszałem, stojąc tuż za kotarą u drzwi do sali projekcyjnej, czekając na odpowiedni znak-sygnał. Oczywiście chciałem posłuchać całej prelekcji. Nawet trochę zazdrościłem widzom tej możliwości, stety (takie przeciwieństwo słowa "niestety") miałem w tym momencie zupełnie inne zadanie do wykonania. Jednak zgodnie ze staropolską zasadą "przezorny zawsze ubezpieczony", zadbałem o to, by cała (prawie) prelekcja pana Szubzdy została nagrana (tu należą się podziękowania naszej modrzewiowej koleżance, Viscerze), bym mógł odnieść się do niej (do prelekcji, a nie do Viscery) w relacji, którą właśnie czytacie.

A była to prelekcja iście nieszablonowa. Te marne 15 zeta, jakie trzeba było wyłożyć na bilet, byłyby warte wydania wyłącznie dla samej prelekcji Krzysztofa Szubzdy, nawet gdyby po jej zakończeniu jakiś pracownik Kina Forum (choćby i w stroju Robin Hooda) wyszedł i powiedział: "Przepraszamy państwa, ale zrobiliśmy dziś taki pythonowy żart, bo tak naprawdę nie udało nam się ściągnąć filmu do kina, zaś pieniądze z państwa biletów ledwie pokryją gażę pana Szubzdy, tak więc zważywszy na fakt, że i tak jesteśmy w plecy, nie możemy zwrócić państwu za bilety". I nie ma w tym żadnej przesady. Nie piszę tak wyłącznie dlatego, że prelegent był niegdyś członkiem legendarnego białostockiego kabaretu Widelec, a później HRABI. Krzysztof Szubzda przygotował się znakomicie i z czystym sumieniem można mu wybaczyć jedyny błąd merytoryczny, jaki popełnił podczas prelekcji, tytułując program Monty Pythona jako "A teraz coś z zupełnie innej beczki" zamiast "Latający Cyrk Monty Pythona" ("A teraz coś z zupełnie innej beczki" to pierwszy pełnometrażowy film grupy, składający się z opracowanych na nowo skeczów z serialu "Latający Cyrk Monty Pythona"). Przymykając jednak oko (a nawet oba) na tę drobną wpadkę, mogę szczerze zapewnić, że pan Szubzda wywiązał się ze swego zadania perfekcyjnie. Jak sam wspomniał, w poszukiwaniu informacji o filmie specjalnie przeszperał Internet (a kto wie, może nawet przeczytał go dwa razy), wyciągając z niego różne ciekawostki, na przykład dotyczące dziwacznych tłumaczeń tytułu filmu na różne języki (jak choćby niemieckie "Die Ritter der Kokosnuss", czyli dosłownie "Rycerze Kokosowego Orzecha", że o wypisywaniu na tablicy szanghajskiego tytułu filmu w postaci azjatyckich krzaczków (i drzewek) oraz ich pełnej analizie lingwistycznej już nawet nie wspomnę). Był też mały eksperyment paranaukowy. Przy pomocy specjalnie przygotowanych chałupniczo skrzydeł oraz około 70-kilogramowego Białostoczanina, Kszysztof Szubzda próbował udowodnić zależności między wagą a prędkością machania skrzydłami zarówno przez jaskółkę, jak i wyżej wspomnianego Białostoczanina.

Nagle prelekcję przerwała pieśń "Pie Jesu Domine", a do sali projekcyjnej zaczęli wchodzić mnisi, wnosząc ze sobą monty-pythonowe książki oraz Święty Granat Ręczny z Antiochii. Ponieważ byłem osobiście odpowiedzialny za ów krótki performance, nie byłbym w stanie go obiektywnie zrelacjonować. Dlatego też postanowiłem w tym miejscu zamieścić filmowy zapis wejścia mnichów w wykonaniu członków Monty Python's Modrzew Team oraz Klubu Fantastyki UBIK.
 

 
Tuż po zakończeniu czytania z Księgi Uzbrojenia rozpoczął się oczekiwany przez wszystkich pokaz filmu poprzedzony nowo nakręconym jubileuszowym wstępem pięciu pozostałych przy życiu Pythonów.

Jak już wcześniej wspomniałem, nie zamierzam pisać o samym filmie, jednak nie byłbym obiektywny, gdybym nie wspomniał w tym miejscu o problemach technicznych z napisami, które dawały się we znaki niemal od samego początku projekcji. Ponoć napisy zostały dostarczone w ostatniej chwili, przez co nie zostały bezpośrednio "wklejone" w kopię filmu, lecz wyświetlone z drugiego projektora. Jako że od lat zajmuję się synchronizacją i tłumaczeniem napisów filmowych, już na samym początku zauważyłem, że napisy się rozjeżdżają. W pewnym momencie dało się zauważyć, że napisy przestały być puszczane z "automatu", lecz były dopasowywane na bieżąco. Jako osoba znająca zarówno film, jak i język angielski (a takich osób na sali była prawdopodobnie większość), nie przejąłem się zupełnie nawet wówczas, kiedy owe napisy na kilkanaście minut całkowicie znikły z ekranu. W pewnym momencie nawet odetchnąłem z ulgą, bo napisy przestały wreszcie odwracać uwagę od samego filmu. Wydawało się, że podobne odczucia miała także spora część widowni, o czym świadczy chociażby fakt, że mimo braku napisów śmiech widzów niemal przez cały czas rozlegał się w sali. Zresztą zawsze uważałem, że Monty Python jest niczym Szekspir - ich dzieła brzmią najlepiej w oryginale. Niestety ten sielankowy nastrój został wkrótce drastycznie przerwany poprzez zatrzymanie filmu, zapalenie świateł i usilne próby ustawienia napisów w odpowiednim miejscu ekranu. Muszę jednak przyznać, że cała ta sytuacja miała bardzo pythonowski klimat. Aż ciśnie się na klawiaturę cytat z początkowych napisów filmu:

"Przepraszamy za błędy w napisach. Odpowiedzialnych wylaliśmy z pracy.

Mynd you, møøse bites Kan be pretty nasti...

Pamiętajcie, ugryzienie łosia może być bolesne..

Raz jeszcze przepraszamy za niewłaściwe napisy. Odpowiedzialnych za wylanie z pracy właśnie wylanych z pracy, również wywaliliśmy."

Kiedy operatorzy pracowali nad rozwiązaniem problemu, garstka zniecierpliwionych widzów zaczęła kierować się do wyjścia. I tu pojawił się kolejny pythonowy motyw. Któryś z uczestników pokazu przy pomocy dwóch połówek skorupy orzecha kokosowego zaczął imitować stukot końskich kopyt, dzięki czemu zniecierpliwieni uciekinierzy mogli poczuć się niczym filmowi Rycerze Okrągłego Stołu, co dodało komizmu całej sytuacji i idealnie wpisywało się w klimat filmu. Po kilku minutach światła zgasły i dalsza projekcja przebiegła już bez większych niespodzianek. Co prawda napisy nadal się rozjeżdżały od czasu do czasu, a któryś z operatorów musiał ponownie je ręcznie dostosowywać do odpowiedniego fragmentu filmu, jednak widownia przestała zupełnie zwracać na to uwagę.

Starając się wreszcie skończyć ten i tak już przydługawy tekst, chciałbym szczerze, choć tym razem całkowicie subiektywnie stwierdzić, że mimo wszystko pokaz uważam za udany, zważywszy na fakt, że w ogóle do niego doszło. Wiele innych miast w Polsce nie miało takiego szczęścia. Sam film ściągnięto w ostatniej chwili, a napisy dostarczono jeszcze później. Oczywiście rozumiem, że problemy techniczne mogły zirytować co poniektóre osoby, jednak sami Pythoni starali się często irytować niektóre grupy ludzi swoją twórczością.

I może nie było tu takich tłumów jak w Kinie Muranów, Kinie Nowe Horyzonty, czy Kinie Pod Baranami, może i były problemy techniczne (które w pewnym sensie miały pythonowski charakter), może nie mieliśmy dwóch wypchanych po brzegi widzami sal i wielkich ekranów, za to tylko białostockiemu pokazowi towarzyszył szereg dodatkowych (tych zaplanowanych i tych niezaplanowanych) atrakcji, takich jak konkurs nawiązujących do filmu strojów, czy też nieszablonowa prelekcja w wykonaniu utalentowanego konferansjera i aktora kabaretowego, Krzysztofa Szubzdy, której kulminacją był performance przygotowany przez Monty Python's Modrzew Team oraz zaprzyjaźniony z naszym serwisem Klub Fantastyki UBIK.
 

J. M. Masłowski (Julius Caligo)

W relacji użyte zostały zdjęcia zamieszczone na oficjalnym fanpage'u Kina Forum (fot. Joanna Rafalska)

P.S. Jeśli chcecie poczuć niezwykły klimat białostockiego pokazu, zapraszamy do obejrzenia fotorelacji autorstwa Kamila Bazyluka, do której odnośnik znajdziecie poniżej:
 

 

Relacja ze specjalnego pokazu "Świętego Graala" w Kinie Nowe Horyzonty we Wrocławiu
(tak, TYCH Nowych Horyzontach)

 
Kiedy 25 września Anno Domini 2015 Kino Nowe Horyzonty utworzyło wydarzenie pod tytułem „POKAZ SPECJALNY: MONTY PYTHON I ŚWIĘTY GRAAL // KINO NOWE HORYZONTY // #holygrail40” pomyślałam, że to znak od Pana i trzeba, choćby i oknem, się wprosić. Dałam sobie chwilę czasu, żeby zorganizować moich własnych rycerzy, bo przecież „niemożliwe, żeby były jakieś tłumy, to nie są awendżersi czy bąd, przecież to nisza”. Mina mi zrzedła po tych paru dniach i zaczęły nerwy, kiedy okazało się, że chętnych było ponad 1,3tys osób. W porę jednak ekipa NH uspokoiła wszystkich martwiących się o liczbę biletów, pisząc na stronie wydarzenia, że zostanie uruchomiony dodatkowy, równoległy seans (pewnie kosztem innych dużych miast, ale co ja wiem o życiu). Mój Launcelot zakupił bilety i pozostało mi czekać na ten dzień.

Na miejsce przybyliśmy na pół godziny przed rozpoczęciem imprezy, żeby zobaczyć, ilu faktycznie przyszło ludzi i czy zorganizowano jakieś dodatkowe atrakcje. O ile Kino nawiedził tłum, o jakim Owsiak na swoim Woodstocku mógłby pomarzyć *, o tyle z performęsu nici. Żadnych cosplayów, żadnych kokosów do sprzedaży, żadnego wspólnego świętowania. A kto przyszedł? Młodzież w wieku 20-30 lat, hipsterscy panowie z lamberdżakową brodą, zamawiający wegańskie sałatki za 50 zł w Bistro, paru sympatycznych nerdów w koszulkach z Monty Pythonem. Jeden z nich okazał się być znajomym mojego Launcelota, który przyznał się, iż dopłacił, żeby tylko siedzieć w pierwszym rzędzie. Po oficjalnym zapoznaniu się (– Cześć, Adam, to Ziggy. Ziggy jest na Forum Edno Zżarło Środu. –  Cześć, Ziggy. A wiesz, że znam samego Johanna Gambolputty de von Ausfern Schplenden…?) spojrzałam na zegarek, na którym była godzina 19:55. Towarzysz się oburzył, że przy takiej ilości ludzi powinni zacząć wpuszczać, ja zaczęłam burczeć do siebie, że za moment napiszę nienawistnego posta na stronie wydarzenia na Facebooku. Na szczęście równo o godzinie 19:58 otworzyły się wrota do nieba i miła obsługa zaczęła wpuszczać gromadę. Jedną do jednej największej sali, drugą do drugiej największej sali. Wszyscy szybko i bez problemów zajęli miejsca, kiedy zapanowała cisza weszła Przedstawicielka KNH i powiedziała parę słów do mikrofonu. W tym momencie okazało się, że komuś udało się przemycić kokosy, którymi właściciel wyrażał zniecierpliwienie. Po informacji, że możemy śmiać się (och), recytować tekst i śpiewać piosenki, oraz po zapowiedziach repertuarowych (Get on with it!), oraz ogólnemu zdziwieniu, że aż tylu ludzi przyszło („pierwszy raz się zdarzyło, że musieliśmy dwie największe sale wynająć i obie są wypełnione po brzegi!”), zaczął się nasz wieczór.

W pythonowych zapowiedziach za każdym razem, kiedy pojawiał się nowy członek, sala biła brawo i się śmiała, zwłaszcza z żartów Johna Cleesa, ja natomiast czekałam na jakiś wisielczy dowcip na temat Grahama Chapmana, z którego Pythoni sobie dworują, kiedy tylko mają okazję. Tym razem nieboszczykowi darowali i rozpoczął się film. Już przy genialnej czołówce z majestatycznym łosiem i lamami rozległy się oklaski, które w trakcie seansu powtarzały się parokrotnie, m. in. przy scenie z francuskimi szydercami, podczas pojedynku z Czarnym Rycerzem, kiedy Concorde „otrzymuje” wiadomość i podczas ataku Zabójczego Królika. Wspólna radość i rozluźnienie panujące na Sali jeszcze bardziej umilały seans. Chóralnych śpiewów nie było pomimo zabawnych napisów, ale jestem pewna, że każdy nucił sobie piosenki pod nosem. Kiedy film się skończył, dało się słyszeć intelektualne rozważania filozoficzne na temat całej twórczości Monty Pythona, czyli, że wszystkim czas minął zbyt szybko i chcieliby bis, choćby i za 10 lat.

Być może kultowość Kina Nowe Horyzonty pomogła przyciągnąć tłumy ludzi (bo przecież, skoro Nowe Horyzonty grajo, to nie może być rzepa, nie?), jednak kultowość KNH mogłaby jednak bardziej rozpieścić fanów Pythonów, organizując dodatkowe atrakcje przed seansem, niech by to była chociażby możliwość zakupu plakatu za dyszkę albo i dwie. Taki jubileusz nie zdarza się codziennie i fajnie by było, by każdy mógł sobie sprawić jakąś pamiątkę.
 

ZIGGY
(forum Edno Zżarło Środu)
 

* Nasz kolega forumowy, mitom, będący przez część swego życia wolontariuszem podczas Festiwalu Era, a potem T-Mobile Nowe Horyzonty, rzekł, że nawet podczas spotkania z Terry’m Gilliamem nie było takiego tłoku. Ja mu wierzę na słowo.
 

Krótka relacja z kinowego pokazu "Świętego Graala" w Kinie Muranów w Warszawie

 
Po przybyciu do kina około 20:10, napotkałam ogromne rzesze głównie 20- i 30-latków, którzy tak jak ja przyszli obejrzeć film „Monty Python i Święty Graal”. Miło było zobaczyć także osoby przeżywające swoją drugą młodość, a także pana, który być może wiekiem dorównywał samym Pythonom. Samych pythonowych akcentów nie było za dużo, słyszałam jedynie stukanie kokosów gdzieś z tyłu. Pokaz odbywał się w dwóch salach: Zbyszek i Gerard, mój bilet wskazywał na pierwszą, w związku z czym większość uwag być może będzie tyczyła się wyłącznie tej sali, a tych niestety mam kilka.

Zacznę od początku, mianowicie od opóźnień. Można zrozumieć opóźnienia do 5 minut, w końcu nie wszystkie zegarki pokazują dokładnie ten sam czas, ale 10 minut to nieco za dużo. Zważając na to, że pokaz miał rozpocząć się późno, bo o 20:30, uważam, że można było tego uniknąć. Wstęp wygłoszony prawdopodobnie przez pracownika kina był krótki i niewiele wnoszący, taki, żeby nikogo nie zaskoczyło wygaszenie świateł. Kiedy nastały ciemności, czekało nas kolejne „zaskoczenie” – nie puszczono specjalnego nagrania przygotowanego przez samych Pythonów. Byłam trochę zawiedziona, ale okazało się, że moje nadzieje rozbudzono znów, kiedy w trakcie napisów początkowych nagle zniknęło „Przepraszamy za błędy w napisach. Odpowiedzialnych wylaliśmy z pracy”, ponieważ wtedy film przerwano i załączono nagranie od Pythonów. Nie wiem, czy to było zrobione specjalnie, czy faktycznie zapomniano puścić wstępu, ale niestety nie zrobiło to na mnie dobrego wrażenia, ponieważ później po raz kolejny oglądaliśmy napisy początkowe, które drugi raz już tak nie bawią jak za pierwszym.

Sam film jest moim ulubionym stworzonym przez Pythonów i jak się okazało, kolejny seans może czymś zaskoczyć – bardzo podobały mi się animowane napisy do piosenek, znacznie uprzyjemniły film ,który znam już niemal na pamięć. Po seansie czekała kolejna niemiła niespodzianka, mianowicie napisy końcowe, a raczej ich brak (w końcu mieliśmy wszystkich wymienionych na początku), została sama muzyka. Dla mnie to jest zawsze koniec filmu, kiedy zaczynam się zbierać do wyjścia, natomiast tutaj ani nie włączono świateł, ani nikt nie wychodził (a że siedziałam na środku, to nie chciałam przepychać się między ludźmi). Zostaliśmy więc na kolejne 3-4 minuty i słuchaliśmy muzyki z filmu, tylko po co? Myślę, że pracownicy kina nie wzięli pod uwagę tego, że była i tak późna pora (film zaczął się najpóźniej w Polsce, po zakończeniu seansu było trochę po godzinie 22) i część osób (w tym ja) przyjechała na seans z okolic Warszawy i muszą poświęcić kolejne kilkadziesiąt minut na powrót. Mnie te kilka minut, które spędziłam na słuchaniu końcowej muzyki by zbawiło, ponieważ mogłabym zdążyć na pociąg dalekobieżny, a tak musiałam czekać na ostatni, który jechał przed 23. Dokładając do tego koszt biletu (28zł), gdyby zaproponowano mi znowu pójście na ten pokaz, mocno bym się zastanowiła.

Jednakże nie chcąc pozostawić za sobą jedynie nieprzyjemnego wrażenia, chcę pochwalić Kino Muranów za niezwykle klimatyczne wnętrza. Zarówno w sali, jak i w korytarzach, można było poczuć się jak na seansach sprzed wielu lat. Winszuję również udanej synchronizacji napisów, bo słyszałam, że nie wszędzie ta sztuka się udała ;) Jeśli kiedyś będę miała okazję przyjść do kina Muranów na „zwykły” film, na pewno skorzystam, jednak z pokazami specjalnymi będę uważać.
 

MRS. TEAL
(forum Edno Zżarło Środu)


do góry

 
www.modrzew.kfubik.pl   ©  Julius Caligo 2015