Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.
 

Najdłuższy członek Latającego Cyrku Monty Pythona

stat4u

Hello again, and welcome to the show.








This page isn't big enough for the three of us!
"Tak czy inaczej..." - recenzja

Żart życiem pisany

 
Życie lubi płatać figla. A właściwie autorzy książek. Spodziewałem się w ostatnich dniach poważnego naukowego wywodu o Monty Pythonie oraz głupiej autobiografii jednego z komików – a tu takie rzeczy…

Czytając choćby wypowiedzi zamieszczone w Tako rzecze Monty Python, nie ulegało wątpliwości, kto jest najciekawszym (i jeszcze żywym) „materiałem” do autobiografii. John Cleese, jakiego tu poznajemy, to pracowity neurotyk-perfekcjonista – czyli nic nowego w zasadzie. Tak czy inaczej, warto książkę przeczytać, gdyż jest całkiem zgrabna pod kątem literackim. Aż dziw, że Cleese nie realizuje się w ten sposób częściej.

Tytuł sugeruje nonszalanckie podejście do narracji. Istotnie – często zdarzają się autorowi mocno wybiegające (w przód, w tył, w bok) dygresje – lecz historia przytaczana jest linearnie1). Pierwsze rozdziały nie są jednak aż tak zajmujące. Najbardziej zaskakujące okazują się tam przede wszystkim wyznania Cleese’a, kiedy to nazywa się kompletnie niemęską, skończoną fajtłapą i ostatnią ofermą. Źle się patrzy, jak ten najgorszy patałach i żałosny wymoczek sam się nad sobą znęca. Przecież jest tylko zwyczajnym nudziarzem i dziwakiem…

A poza tym jest tak samo narwany, jak można było się spodziewać. Ciekawym, właściwie niedokończonym, wątkiem jest za to jego rozwój duchowy – relacjonowany, gdy już „pogodził się” z (nomen omen) Najwyższym. Jednak z perspektywy fana najbardziej frapujące okażą się nie dykteryjki z dzieciństwa, lecz oczywiście genezy (nie zawsze świadome) kultowych skeczów. Teraz wszystko wydaje się takie jasne: Czarny Rycerz, Królik Morderca, dezorientacja kota… Dajecie wiarę, iż John Cleese doprawdy nauczał – lecz nie seksu, a geografii, historii i języka angielskiego – i to nie przebranych za uczniaków dorosłych, a autentycznych dzieciaków?

Dryblas pisze wiele o innych, choć oczywiście w ujęciu cleese’ocentrycznym. Toteż zastanowić się można, na ile właściwie John Cleese jest znakomitym, oryginalnym komikiem, a na ile zaledwie fartownym kompilatorem? I czy wszyscy wielcy tacy są? Tak czy inaczej, lektura tylko udowadnia, że najlepsze żarty – bo najbardziej absurdalne – pisze samo życie.

Komiczne nadęcie niektórych partii autoironicznego wywodu Cleese’a nie przekreśla niegłupich niekiedy spostrzeżeń. Jako – można powiedzieć – „światowiec” natrząsa się zarówno z „hiciarskości” Amerykanów, jak i przywar z własnego podwórka, takich jak brytyjska „pośredniość” w kontaktach i rozmowach rodaków. I ciężko nie przyznać mu racji w obu kwestiach – choć ten pacan oczywiście nie jest nieomylny. Oryginalna redakcja (ani nasza – o ironio – Albatrosa) nie poprawiła go, że przecież polka – wbrew mylnej nazwie – wcale nie jest polskim tańcem, lecz czeskim (przynajmniej wszystko na to wskazuje). Zresztą relatywnie często polskie wątki przewijają się w jego wywodzie z nieznanych przyczyn. A tłumaczenie jest tak czy inaczej bez większych zarzutów – przedostały się jedynie takie kwiatki, jak „piwo bitter” (cytrynowe curry?), „dodać składnika” oraz drobne błędy edytorskie i pojedyncze literówki (w tym, o zgrozo, jedna na tylnej okładce – w nazwie legendarnej trupy!).

Tekst się brutalnie urywa. Ciężko zatem Tak czy inaczej… obiektywnie podsumować, gdyż ma się wrażenie, że to tylko zaczyn dzieła dwu- lub wielotomowego. Zabieg ten tylko „robi smaka” na opis dalszych perypetii „właściciela” Hotelu Zacisze. Osobiście ciekaw jestem np. tego, co doprowadziło do zerwania z tamtejszą pokojówką Polly, czyli pierwszą żoną Cleese’a – śliczną Coonie Booth (nie wspominając już o stu milionach jej następczyń). No i z chęcią przeczytałbym litanię rzeczy, która nie podobała mu się w realizacji produkcji Monty Pythona.

Słuszna natomiast została zastosowana klamra kompozycji. Sam autor zdaje się nie mieć złudzeń, że jego życie dzieli się na przed i po Pythonie. A zaczął – naturalną drogą – spisywać oczywiście wspomnienia najwcześniejsze. Wiele jednak wątków aż się prosi o ciąg dalszy, choć tytuł, wydanie oryginalne ani polskie nie sugeruje kontynuacji. Miejmy nadzieję, że Cleesowski raczy się przekonać, znaleźć czas (i zdążyć przed kostuchą!) na spisanie późniejszych dziejów. Nie tylko dlatego, że wszyscy jesteśmy jego psychofanami, lecz choćby dla czystej przyzwoitości. Tego się kotu – trzem kotom, gwoli ścisłości – nie robi.

Nawet jeśli do tego dojdzie, wydanie ewentualnego drugiego takiego tomu – całkiem opasłego, hojnie ilustrowanego, w twardej oprawie – wymagać będzie czasu. To świetna okazja, by w międzyczasie polskie wydawnictwa nadrobiły spore pythonowe zaległości. Autobiografia łgarza? Może zbiorcza autobiografia wszystkich „łgarzy”? A może wreszcie dzienniki Najmilszego, skoro prawie wszystkie publikacje podróżnicze Michaela Palina są już przetłumaczone na język polski? Może pozostali koledzy też się szarpną na wspominki, kto wie?
 

FILIP CWOJDZIŃSKI
 

1) Jak umyślnie chaotyczna i wielce wybiórcza może być autobiografia, udowadnia Człowiek, który znał ich wszystkich Michaela Lindsay-Hogga.
 


 
Tak czy inaczej…

Autor: John Cleese
Tytuł oryginału
: "So, Anyway..."
Tłumaczenie
: Łukasz Praski
Data publikacji:
20 maja 2015
ISBN:
978-83-7885-552-1
Liczba stron:
448
Oprawa: twarda
Gatunek:
autobiografia, non-fiction
Wydanie
: Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2015

 

do góry

  ©2015 Filip Cwojdziński & Julius Caligo