Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

John Marwood Cleese

Terry Gilliam

Terry Jones

Graham Chapman


15 lipca 2014 roku

KORESPONDENT MODRZEWIA NADAJE Z LONDYNU

Dziś rozpocznie się druga seria występów Monty Python Live (mostly). Tymczasem, aby zaostrzyć apetyt wszystkim tym, którzy do tej pory nie mieli okazji zobaczyć żadnego z ostatnich występów Pythonów, poniżej przedstawiamy obiecaną relację z występu z dnia 2 lipca (i czwartego piętra Areny O2) przygotowaną specjalnie dla naszego serwisu przez naszego korespondenta, Janosza Dobrosza.
 

 


RELACJA Z DRUGIEGO DNIA WYSTĘPÓW MONTY PYTHONA

Zanim dotarłem do Areny O2, udałem się do National Gallery. Spytacie po co? Otóż w wyżej wymienionej galerii można napotkać obrazy, których reprodukcje wykorzystywał Terry Gilliam do swoich animacji. Na przykład: "Alegoria z Wenus i Kupidynem" - Agnolo Bronzino, ze słynną "pythonową stopą" w lewej dolnej części obrazu; "Madonna na łące" - pędzla Giovanniego Bellini; "Kardynał Richelieu" - autorstwa Philippa de Champaigne; "Portret małżonków Arnolfinich" - van Eycka; oraz "Portret Rembrandta" - namalowany przez samego Rembrandta. Galeria znajduje się w północnej części Placu Trafalgar (wszyscy dobrze pamiętamy skecz: "Bitwa pod Trafalgarem"). W centralnej części placu stoi "Kolumna Admirała Nelsona"- Pythoni też często nawiązywali do jego postaci w swoich skeczach.

Potem dotarłem na Greenwich, gdzie w National Maritime Museum miałem okazję zobaczyć zakrwawione rajtuzy [stockings] i gacie wyżej wspomnianego admirała oraz kulę, którą znaleziono na polu [ta - polu] bitwy. Sama postać Napoleona (również poruszana w skeczach Pythonów), patrzała buńczucznie na obserwatorów z obrazów wiszących na ścianach muzeum (dla nieznających historii, to właśnie wojska Napoleona zostały pokonane pod Trafalgarem przez wojska Nelsona). W Greenwich nad samą Rzeką (Tamizą - jakby ktoś pytał) znajduje się Cutty Sark, XIX-wieczny kliper herbaciany, który to miałem okazję podziwiać po wyjściu z muzeum Maritime. Statek ów również został wspomniany w jednym ze skeczy Monty Pythona (skecz pod tytułem "Teść", co prawda w przekładzie Beksińskiego statek ów pojawia się jako Dar Młodzieży, ale zawsze coś). Co ciekawe, Arenę O2 widać z Greenwich (mają tam bardzo dobrze usytuowany taras widokowy) jak na dłoni, tak więc miałem już pewne rozeznanie jakich rozmiarów jest ów obiekt.
 


 

Kiedy po dotarciu (nie metrem, a DLR) na stację North Greenwich oczom mym ukazał się sam obiekt O2, stwierdziłem: O KU*WA, jakie to pieroństwo duże! (warto zaznaczyć, że jednorazowo w O2 może pomieścić się 15 tysięcy widzów).

Z racji tego, że na szoł przybyłem ponad godzinę wcześniej, mogłem spokojnie obserwować rozwój całej sytuacji, nacieszyć oczy i resztę zmysłów, a także rozluźnić nabrzmiały pęcherz. Miałem okazję zajrzeć do sklepików. Nieco się rozczarowałem, bo myślałem że na stoiskach będzie można kupić książki Pythonów (szczególnie te podróżnicze - Michaela), ewentualnie filmy (szczególnie te Gilliama). Niestety... w sprzedaży były TYLKO koszulki i gadżety zaprojektowane specjalnie na "Ostatnie szoł Pythonów". Takie z ponadczasowych były kubeczki z Ministrem Głupich Kroków, T-shirty z napisem: "Always Look on the Bright Side of Life" czy nawet imbryk z napisem "Make tea not love". To stoisko merchandisingowe znajdowało się przed wejściem głównym, a w środku były jeszcze trzy. Jedno z nich wyglądało bardzo okazale, przyozdobione czymś w rodzaju namiotu cyrkowego.
 


 

Myślałem, że będzie więcej osób przebranych. Tymczasem było ich zaledwie około 30 - 40 (jak na 15 tysięcy osób, to raczej mało). Po zakupach w sklepie z gadżetami ludzi przebranych przybywało. Szczególnie tych, którzy kupili chusteczki na głowę - A`la Gumby. Warto zaznaczyć, że było to przy wejściu głównym do Areny O2. Przeszukiwali mnie murzyn i jego pani (żona czy kto tam?). Myślałem, że normalnie prześwietlą mi plecak i obszukają, jak chociażby w niektórych muzeach czy innych strategicznych obiektach użyteczności publicznej, gdzie normalnie można zdetonować to czy owo. Miałem wodę w butelce, a wodę wolno było mieć, butelkę też... nie wolno natomiast było mieć nakrętki! Na tacce obok leżało już kilkadziesiąt nakrętek... Spytałem: Co to? A murzyn: To na cele charytatywne. Także tego...

Kiedy wszedłem na widownię, dość szybko znalazłem swoje miejsce. Okazało się, że miałem kilka metrów do wyjścia (bardzo miło, bo zawsze to dobre miejsce w razie ewakuacji). Przed samym szoł mogłem już podziwiać bajeczną scenografię sklonowaną z animacji Gilliama oraz rekwizyty dosłownie wycięte ze skeczy (wliczając w to albatrosa, a także wyposażenie biur, sklepików), o czym dowiem się dopiero później. Z głośników płynęła (czy też maszerowała) muzyka, a były to wszelakie marsze, które Pythoni wykorzystywali w "Latającym Cyrku", oraz melodie które można zazwyczaj usłyszeć właśnie w arenach cyrkowych.

Pan "pojep" nie mógł mi załatwić lepszego biletu. Mimo że miałem wykupione miejsce na czwartym piętrze i widziałem scenę nieco z góry, jednak miałem ją na wprost. Dosłownie kilka siedzeń po lewej i siedziałbym idealnie na wprost. Kiedy przeszedłem się po sali, okazało się, że ludzie siedzący pod innym kątem mieli o wiele, naprawdę o wiele gorszy widok. Rzeczywiście odległość od sceny była duża, ale pewnie z takim samym problemem spotykają się ludzie na wszelkiego rodzaju obiektach sportowych czy koncertach. A dużą odległość niwelował aparat z odpowiednim zoomem ;P. Poza tym oczywiście na tego typu imprezach zawsze montowane są telebimy (w tym wypadku trzy - jeden duży na środku i dwa mniejsze po bokach).

Po dotarciu na swoje miejsce, zastanawiałem się, kiedy arena się zapełni? A że byłem bardzo wcześnie, widzów na swoich miejscach było może 150 - 200. Po godzinie nadal sala była na wpół pusta [pełna?]. Pomyślałem: Albo z tym natychmiastowym wykupieniem biletów to był żart, albo chwyt marketingowy. Jednak, co się okazało? W momencie rozpoczęcia szoł było wolnych góra kilkadziesiąt miejsc, które się zapełniły w pierwszych minutach występu. Ogółem było kilkanaście wolnych miejsc, z czego cztery miejsca - jedno przy drugim... po mojej lewej stronie.

Jeśli chodzi o zgromadzonych, w większości byli to ludzie w wieku 30 - 40 lat, głównie Europejczycy (w większości Angole). Trzeba zaznaczyć, że o ile na ulicach Londynu można spotkać ludzi różnych ras i narodowości, tak na występ przyszło może kilku osobników z innego kontynentu (znaczy nie w sensie, że przyszli bezpośrednio z innego kontynentu - a z resztą wiecie, co mam na myśli). Pewnie dlatego reakcje na gagi i inne żarty nie były zbyt ekspresyjne. Tylko w czasie piosenek ludzie wiwatowali i śpiewali razem z Pythonami. Poza tym gdzieś w oddali słyszałem też polską mowę, także nie byłem sam.

Co innego taki Brazylijczyk (to już inna kultura i podejście do życia, a pewnie i do samych Pythonów). Siedział obok mnie (po mojej prawej) chłopiec o barwnym imieniu Bruno. Zakupił chyba wszystko, co było do zakupienia w sklepie z gadżetami Pythonów, czyli: kilka koszulek, kubki, książkę oraz plakaty (plecak miał pełen, aż mu się wysypywało. Spytałem, czemu nie został w Brazylii, z racji Mundialu? Powiedział, że bardziej interesują go Pythoni niż piłka nożna, a poza tym mecze można zawsze obejrzeć w telewizji. Tak na marginesie, kolega Bruno bardzo żywiołowo reagował na wszystko, co się działo na scenie: wstawał, klaskał, tańczył, śpiewał, gwizdał, machał częściami ciała... a ja z nim! (nie mogłem sobie za bardzo pozwalać na większe ekscesy, gdyż robiłem fotki co jakiś czas). To on pokazał mi książkę z programem szoł. Dzięki niemu sam też zakupiłem wyżej wymienioną książkę Pythonów, która była słabo wyeksponowana na ścianach sklepików (bo było ich aż cztery, sklepiki - nie ściany). Były wywieszone poszczególne kartki, które wyglądały jak plakaty, czy też ulotki reklamowe, co przynajmniej mnie wprowadziło w błąd.


 

Z erraty załączonej do książki wynikało, że na scenie pojawi się TYLKO jeden Python [Terry Gilliam]. Bruno wpadł w panikę! Nie chciałem mu od razu tłumaczyć, że to blef, ale delikatnie zakomunikowałem, że może będzie chociaż dwóch, no może trzech Pythonów. A jak będzie TYLKO Gilliam, to poprosimy o zwrot za bilety (znaczy 80% ceny). Porozmawialiśmy chwilę, a potem jeszcze raz - na przerwie. Z jego wiedzą mógłby spokojnie być członkiem Edno lub Modrzewia.

Od strony technicznej wszystko wyglądało świetlnie! W sumie to nawet zbyt świetlnie, bo w zaciemnionym obiekcie O2 reflektory oświetlały aktorów zbyt dużym strumieniem światła. Dlatego mój aparat dostawał palpitacji i ciężko było dobrać ustawienia, żeby zdjęcia nie wyszły zbyt jasne/ciemne. A zdjęcie można było robić - legalnie (mimo że na bilecie wyraźnie zaznaczono, że pod żadnym pozorem nie wolno tego czynić). Widocznie każdy szoł ma swoje prawa. A skąd wiedziałem, że można? Ponieważ już przy pierwszym pojawieniu się Pythonów na telebimach pojawił się wielki napis: "PHOTO OPPORTUNITY". Oczywiście wszyscy aktorzy mieli mikroporty, czyli trochę inaczej jak w "Nie-Mesjaszu" czy "Hollywood Bowl", także nagłośnienie było w porządku. Przynajmniej na moim występie wszystko szło bardzo sprawnie, nie było przestojów, ani wpadek czy usterek technicznych.

Lekki niedosyt pozostał, że na scenie nie było Neila Innesa (przynajmniej ja nie stwierdziłem jego obecności) oraz że John Du Prez wystąpił bezimiennie (cały czas był w dolnej części sceny, gdzie dyrygował grupą muzyków) i nie pojawił się na scenie chociażby po to, żeby zebrać oklaski, a przecież to on przygotował całą oprawę muzyczną.

Według mnie, a jest to wyłącznie subiektywna ocena, występ Pythonów był klawy jak cholera, a nawet lepiej! Spodziewałem się, że Pythoni na scenie pojawią się kilka razy, a w większości będzie ich zastępował zespół młodych, energicznych tancerzy (i tancerek, bo było też kilka erotycznych piosenek, układów tanecznych i nie powiem, że się nie podnieciłem... ale o tym sza!).

Myślałem, że sam występ będzie wyglądał raczej jak oratorium "Nie-Mesjasz", tymczasem... jak się okazało, Pythoni poszli bardziej w kierunku "Hollywood Bowl". Oczywiście w czasie przebierania się naszych ulubieńców, a każdy z nich gra co najmniej kilka, kilkanaście ról (czyli to, co tygryski lubią najbardziej), na scenie pojawia się trupa taneczna, ewentualnie materiały z "Latającego Cyrku", czy też (w porywach) z "Monty Python's Fliegender Zirkus".
 


 

Są malkontenci, którym nie podobało się to czy owo. Mnie wystarczyłoby, gdyby na scenie pojawili się Pythoni, siedli do stołu i wypili za zdrowie zgromadzonych! Nikt nie wzbił się na wyżyny umiejętności aktorskich - to prawda, ale nie można powiedzieć, że występ był nudny czy mało jajeczny. Według mnie był to szoł na wysokim poziomie! Co prawda nie najwyższym, bo panowie mają już po 70-kilka lat, a to nie koncert grupy metalowej. Nie spodziewałem się, że któryś z nich ubierze się w plasterki szynki (jak Lady Gaga) czy chociażby mielonki! Nie spodziewałem się dwunastu apostołów, numerów na trampolinie czy kangura (który nota bene pojawiał się od czasu do czasu). Także tego... tym, którym występ się nie spodobał lub nie spodoba w przyszłości mogę zajarać znicza, kaman!
 



Relację z występów Monty Python Live (mostly)
specjalnie dla serwisu Monty Python's Modrzew
prosto z Areny O2 w Londynie przygotował

JANOSZ DOBROSZ

Wstępem opatrzył
JULIUS CALIGO
 


Poprzedni

Powrót

Następny


do góry

Eric Idle

Michael Palin

Carol Cleveland

Nie bądź obojętny!

  stat4u

www.modrzew.kfubik.pl   © Julius Caligo 2014