Jeśli masz mózg wielkości tic-taca i lubisz głupio chichotać, pooglądaj sobie, bo mógłbyś robić coś gorszego.

     AND NOW...
     FILMOTEKA
Zagłada wczoraj, dziś, pojutrze...
 
 

"12 MAŁP"
12 MONKEYS   (1995)

REŻYSERIA
Terry Gilliam

SCENARIUSZ
David i Janet Peoples

ZDJĘCIA
Roger Pratt

MUZYKA
Paul Buckmaster

SCENOGRAFIA
Jeffrey Beecroft

OBSADA
Bruce Willis
Madeleine Stowe
Brad Pitt
Christopher Plummer
i inni

PRODUKCJA
Brazil Production Company Ltd.

USA - 1995

Czas projekcji - 128 min.



W poszukiwaniu wielkiej zarazy Cole kluczy w czasie,
nie mogąc się wstrzelić we właściwy moment.

    Akcja filmu rozpoczyna się w roku 2035. Jeśli ktoś z Szan. Państwa dożyje tych czasów, to gorąco zachęcamy, by zapamiętał i sprawdził, w jakim stopniu prognoza się spełni. Bo w filmie, szczerze mówiąc, wygląda to kiepsko. Ludzkości prawie już nie ma, żałosne resztki kryją się pod ziemią. Jak do tego doszło? Zwyczajnie: jakieś czterdzieści lat wcześniej przyszła wielka zaraza i wszystkich wytraciła. Czterdzieści lat wcześniej - znaczy że dziś, albo w zeszłym roku. To by się nawet zgadzało. Wielka zaraza, to pewnie AIDS.
    Więc sytuacja zła. Ale nie beznadziejna. Bo oto ci, którzy przeżyli pod ziemią, wzięli się do roboty i opracowali technologię umożliwiającą podróż w czasie. Akurat ta prognoza się nie spełni, nie ma żadnych szans. Załóżmy jednak, że są: co dalej? Naukowcy wpadli na taki pomysł: trzeba wysłać emisariusza, który odbyłby podróż w przeszłość, czyli do roku 1996, i wszystko sprawdził na miejscu. Skąd zaraza? Naukowcy mają hipotezę: śmiertelny wirus został wyhodowany w laboratorium. Podobno wymknął się za sprawą anarchistów, którzy uwolnili zarażone króliki doświadczalne (czytaj: małpki), bo chcieli oprotestować wiwisekcję. Jeśli to prawda - to czy nie dałoby się anarchistów wcześniej zapuszkować?
    Specjalnym emisariuszem jest niejaki Cole, czyli Bruce Willis - łysy, posiniaczony i ogłupiały. Ciągłe podróże w czasie jakby źle wpływają na sprawność ciała i umysłu. Właśnie ciągłe, Cole odbywa podróże kilkakrotnie, w tę i z powrotem, bo celowniki nieprecyzyjne, rozrzut znaczny, trudno trafić. Cole raz po raz ląduje w epoce innej niż trzeba. Podczas kolejnych wypraw jest nieustannie maltretowany. Jego głównym przeciwnikiem jest pani doktor Railly, czyli Madeleine Stowe, która żyje w naszych czasach. Jest głęboko przekonana, że Cole zwariował. Po jakimś czasie Cole sam gotów jest w to uwierzyć, ale wtedy ona (ot, kobieca przekora?) zmienia zdanie.
    Duet aktorski Stowe-Willis to może największy atut filmu. Ale nie jedyny. Reżyserem jest Terry Gilliam, który w swoich filmach ("Jabberwocky", "Brazil", "Baron Munchhausen", "Fisher King") z upodobaniem wracał do fabuł fantastycznonaukowych lub baśniowych, trochę z pogranicza rzeczywistości i złego snu. Ale zanim został reżyserem, pracował jako ilustrator i karykaturzysta. Swym fascynacjom graficznym pozostał wierny, dziś sam niekiedy przygotowuje projekty plastyczne do swych filmów. W "12 małpach" chodziło nie o stworzenie wymyślnych futurystycznych wizji, lecz o znalezienie autentycznych obiektów architektonicznych, symbolizujących upadek cywilizacji. Bo prawdziwym tematem filmu jest konflikt między pesymizmem rzeczywistości a optymizmem nadziei. Ludzkość właśnie zgotowała los, na który od dawna zasłużyła. Koniec jest nieunikniony, ale ciągle jeszcze są ludzie, którzy wierzą w szansę ratunku. W obliczu totalnej klęski potrafią zdobyć się na maksymalny wysiłek, poświęcenie, bezinteresowność.
    Szkoda, że dopiero wtedy.

/jo/
Miesięcznik "FILM", nr 5/96 (maj 1996)

inne artykuły



Zagłada wczoraj

    Niebezpieczeństwa ekologii, szalejący wirus (HIV?) zabójczy dla rasy ludzkiej, psychiatria jako narzędzie totalitaryzmu, political correctness, bunt pokoleń... Film, w którym jest to wszystko, kiedyś studiowany będzie przez badaczy kultury naszych czasów jako szczególny zapis stanu świadomości. Pytanie tylko, czy ci badacze wszystko zrozumieją. Obawiam się, że nawet my mamy niejakie trudności, choć każdy z tych elementów z osobna buduje dziś naszą mentalność. Podobno jednak każdy z krytyków streszcza film "12 małp" inaczej. Być może dlatego, że próbuje ambitnie rozwiązać łamigłówkę dla kinomana, jaką jest odwołanie do krótkiego filmu z roku 1962 "La jette", czyli "Pomost" francuskiego pisarza, fotografika i reżysera Chrisa Markera. Pamiętam, z jakim nabożeństwem oglądało się go w epoce, kiedy nie istniał jeszcze "film kultowy". To był niezwykły dwudziestominutowy poemat na ekranie, zbudowany z nieruchomych czarno-białych zdjęć zmieniających się w rytmie muzyki i deklamowanego jak wiersz komentarza, opowieść o próbie ucieczki ludzi, uwięzionych w podziemnych bunkrach po katastrofie nuklearnej, ucieczki w przeszłość. Jedynym "pomostem" między czasem teraźniejszym i przyszłym było intensywnie przeżywane wspomnienie pewnego mężczyzny o tym, co wydarzyło się kiedyś na lotnisku - ale jego materializacja oznaczała śmierć wspominającego. Terry Gilliam powtarza tę sytuację w swoim filmie w onirycznej sekwencji zwolnionych zdjęć bez słów. To dobry pomysł, od razu oddychamy czystym kinem. W ogóle żywioł kina jest w tej nowej układance przemożny i pozwala przełknąć wszelkie niejasności skomplikowanej akcji. Rozumiejąc czy nie, ogląda się to z czysto naskórkową przyjemnością wywołaną nieustannym drażnieniem wyobraźni. Gilliam to akurat umie. Sytuację na lotnisku powtarza bowiem trzykrotnie, za każdym razem ze zmienionymi detalami. Cały film zbudowany jest bowiem na zasadzie pętli czasowej, która jednak coraz bardziej się zaciska. Stąd te zmiany. Należy z nich wnosić, że jednak jest nadzieja: kiedy raz jeszcze wrócimy do punktu wyjścia, rozwiązanie będzie inne, być może zbrodniczy maniak nie zdoła przewieźć probówek z wirusem, który przynosi zagładę rasie ludzkiej. A co z małpami z tytułu? To niech pozostanie zagadką.
    Filmów s-f z apokaliptycznymi przewidywaniami przyszłości nie traktuje się poważnie. Stanowią przyjęty rodzaj rozrywki, w czym kino okazuje się bardziej atrakcyjne od literatury ze względu na dosłowność obrazu. Nieodparta, choć wstydliwa przyjemność polega na bezpiecznym przeżywaniu katastrofy. Ale poza tym film ma też do pokonania szczególną trudność. Wyobraźnia ludzka rozbija się o nieprzekraczalną barierę: nie jest w stanie ukazać niczego, co nie istnieje w jakiejś formie w teraźniejszości. Dlatego przyszłościowe wizje bardzo szybko okazują się dokumentem swoich czasów, są tylko "muzeum wyobraźni". Jak dotychczas wymyślono dwa sposoby honorowego wyjścia z tej pułapki, oba zresztą oparte na podobnej zasadzie. Jeden należy do fantazy, której poetyka polega na swobodzie gry anachronizmami. Laptopem może posługiwać się wój w hełmie z rogami wikingów na głowie i nie będzie w tym nic niestosownego. Drugi sposób jest artystycznie bardziej wyzywający i sprowadza się z kolei do gry w surrealistyczne wariacje na tematach rzeczywistości. W tym właśnie celuje Terry Gilliam, niegdyś filar Cyrku Monty Pythona, twórca przyszłościowej makabreski "Brazil". Jego wizja jest monumentalna, to groteska cierpiąca na elefantiasis, nie zawsze w dobrym guście, czasem jednak dziko śmieszna. W filmie "12 małp" imponuje nie tylko rozmachem, ale i jakąś gorączkową intensywnością, której rytm nie zgadza się ze zbyt ociężałą akcją. Tę intensywność wyczuwa się też u aktorów, przede wszystkim u bezwstydnie konkurujących ze sobą i dlatego zgrywających się protagonistów, Bruce'a Willisa i Brada Pitta. I nie jest ważne, czy Goines Pitta okaże się "dobry", czy wina za koszmar przyszłości, która jest być może przeszłością spada może na Cole'a Willisa. Ich rywalizacja podnosi tylko temperaturę filmu, w końcu walczą o zawładnięcie naszą uwagą i to dla nas roztaczającą pawi ogon swoich manieryzmów. Fascynujące widowisko.

ANDRZEJ KOŁODYŃSKI
Miesięcznik FILM nr 6/96 (czerwiec 1996)

inne artykuły



"... Noc Przeznaczenia - ona to pokój ...aż do pojawienia się zorzy porannej.

    Terry Gilliam, reżyser filmu " 12 małp" stworzył dzieło gatunku science - fiction, które wykracza poza ramy, stereotyp tego typu filmów i przez to jest odbierane pozytywnie i przyswajalne nie tylko przez miłośników fantastyki naukowej. Ponieważ głównym wątkiem obrazu Gilliama jest widmo globalnej katastrofy, trafia on bezpośrednio do dusz i umysłów milionów ludzi żyjących współcześnie, u progu nowego tysiąclecia lub - jak określają to pesymiści - pod koniec tysiąclecia obecnego, ludzi zagubionych w świecie pochwały wszystkiego co materialne, śpieszących się nie wiadomo dokąd, dążących do wyimaginowanych celów, nie dostrzegających czającego się w zakamarkach, piętrzącego się zła, dla którego ci zagubieni i przestraszeni ludzie, wraz z wykreowanym przez nich samych światem iluzji, stają się idealną pożywką. Katastrofa jest tematem szczególnie popularnym w naszych czasach, kiedy to całkiem serio myślimy o przyszłości - i to tej najbliższej - widząc ją w ciemnych barwach, kiedy to cały świat dosłownie "pęcznieje" na naszych oczach i za naszą sprawą, stając się tak wielkim, że nie sposób go ogarnąć ani kontrolować, przez co przeraża nas i myślimy o najgorszym - o wielkiej apokalipsie.
Film zaczyna się obrazem wypełnionym czerwonym fraktalem, który wydaje się być znakiem zwiastującym jakieś tragiczne wydarzenie - wtedy jeszcze nie wiemy, że jest to znak grupy "12 małp". Niezwykłe odczucia potęgowane są zabawną acz tajemniczą - zdawałoby się - muzyką Paula Buckmastera. Czy pojawiające się w następnym kadrze przestraszone oczy dziecka zwiastują coś wręcz przerażającego i okrutnego? Scena zabójstwa na lotnisku widziana oczami dziecka przewija się często, przez cały czas trwania filmu, za każdym razem znacząc coś innego - od niewiele znaczącego incydentu poprzez efekt zaburzenia kontinuum czasowego, po wydarzenie o kluczowym dla wątku znaczeniu. Tak naprawdę akcja zaczyna się w roku 2035 - choć równocześnie może to być dowolny punkt na linii czasu. Świat ludzi przestał praktycznie istnieć po tym, jak w 1997 r. wybuchła epidemia o globalnym zasięgu. Wirus, który ją wywołał spowodował śmierć ponad 5 miliardów ludzi, zaś nieliczni, którzy przetrwali, pochowali się z obawy przed wirusem pod ziemię, gdzie egzystowali przez kilkadziesiąt lat. Na powierzchni zaś zapanowały zwierzęta, żyjące beztrosko wśród opuszczonych ale nietkniętych, postawionych ludzką ręką budynków, całych miast. Zbawicielem tych podziemnych homo miał być tzw. " ochotnik" - Cole - nieco impulsywny kryminalista, którego rolę gra obszarpany, wygolony i obdrapany Bruce Willis. (Tak na marginesie: jak zadziwiająca jest zmiana powierzchowności tego aktora, który z przyjemnego, nieco wątłego i zawsze eleganckiego faceta z " Na wariackich papierach" zamienił się w potężnego, brudnego mięśniaka z wygoloną głową i cieknącą z pyska śliną, dzikiego i wściekłego, typ macho. Ale cóż - tego się można było spodziewać po przejściach ze wszystkich części "Szklanej pułapki".). "Ochotnik" Cole ma za zadanie przemieścić się w czasie - dzięki technologii opracowanej w podziemiach - , wrócić do momentu poprzedzającego wybuch epidemii i zdobyć wirusa, by współcześni mu naukowcy opracowali szczepionkę. Cole trafia jednak do roku 1990, gdzie miejscowi uznają go za psychicznie chorego i zamykają w zakładzie. Tam poznaje ciekawych ludzi, m. in. chorego psychicznie Goinesa (w tej roli, świetnie radzący sobie z rolą wariata, Brad Pitt) , który objawia mu prawdę o życiu we współczesnym świecie - "dobry obywatel to konsument, kto nie kupuje jest wariatem". Poznaje też piękną panią psycholog ( w tej roli Madeline Stone) , która zainteresowała się wariatem z przyszłości na tyle, by po sześciu latach napisać książkę na temat jego "wizji". Tymczasem Cole trafia do 2035, gdzie na zdjęciu podejrzanych rozpoznaje Goinesa - wie już, kto prawdopodobnie maczał w tym wszystkim palce. Wraca tym razem do 1996 i porywa panią psycholog . teraz zaczyna się istna burza mózgów - pani doktor próbuje uświadomić Cole'owi , że ten jest chory i wszystko wykreował sobie w swoim chorym umyśle. Jednak gdy Cole odnalazł siedzibę "12 małp" a fakty wskazywały na to, iż ten rzeczywiście mówił prawdę, role odwróciły się. Podczas gdy Cole myślał, że naprawdę zwariował, pani psycholog sama utwierdzała go w przekonaniu, że ten nic sobie nie wymyślił i najprawdopodobniej jego słowa wkrótce miały stać się faktem. "CZY WIRUS ISTNIEJE? CZY ZGINIE 5 MILIARDÓW LUDZI ?" - pisze sprayem pani psycholog na ścianie budynku - siedziby organizacji "12małp". I w momencie, gdy wydaje się, że wszystko już jasne - sprawa komplikuje się . Okazuje się bowiem, iż leader "12 małp" - Goines wcale nie zamierza wpuścić w obieg żadnego wirusa - chciał jedynie, w ramach protestu, wypuścić na wolność wszystkie zwierzęta z pobliskiego zoo. Winnego Cole i pani psycholog znajdują dopiero na lotnisku, a okazuje się nim być asystent ojca Goinesa - wirusologa. W sumie rozwiązanie akcji następuje podczas realnych zdarzeń do złudzenia przypominających wizję sceny z lotniska z przestraszonym chłopcem, którym okazuje się tak naprawdę być Cole , zwany wtedy Jamesem. Jakim paradoksem czasowym jest spotkanie się jednej osoby w dwóch postaciach w tym samym miejscu i czasie? A jakim przeżyciem jest dla jednego śmierć tego drugiego - Cole z przyszłości ginie w strzelaninie na oczach małego Cole 'a. Bez szwanku natomiast wychodzi z tego pan asystent, który już zdążył wprowadzić wirusa do powietrza, by później spokojnie usiąść na miejscu w samolocie i gawędzić z przypadkowo spotkaną kobietą, a może raczej nieprzypadkowo, gdyż jest nią jeden z naukowców przygotowujących w 2035 r. Cole'a do podróży w czasie. I tu akcja się urywa - wiemy jedno -że koniec świata ludzi jest bliski i nieunikniony.
Film Gilliama jest krzykiem rozpaczy, skierowanym w stronę każdego z nas. Uświadamia o tym, iż to my sami tłumimy w sobie to pierwotne człowieczeństwo, to coś co wyróżnia nas spośród zwierząt, czyli duszę. Taką samą jak dusza Cole'a, która by dotrzeć z powrotem do jego umysłu musiała przybierać różne postaci: myśli, głosu, żebraka z ulicy. Bez niej każdy z nas jest wariatem, zdolnym do wszystkiego, niestety w dodatku obdarzonym inteligencją, tworem tej przykrej rzeczywistości. Czy oglądając się czasem za siebie, widząc rzeczy, które się dzieją wokół nas, nie czujemy przypadkiem tej "ciszy przed burzą", ciszy przerażającej? Czyż nie nastraja ona nas w ten sposób, że myślimy o wielkim krachu tego wszystkiego, że świat, w przenośni, przestanie się kręcić? Czujemy z pewnością obecność "12 małp" -dlaczego "dwunastu"? -12 jest liczbą świętą i doskonałą, mamy 12 miesięcy w roku, 12 apostołów. Dlaczego akurat "małp"?- czyżby mają one symbolizować połączenie pewnych cech ludzkich, takich jak wygląd, z dzikością zwierząt, a może małpy są symbolem nowego porządku, bo któż po wielkiej zagładzie ludzkości miałby zająć nasze miejsce, jeśli nie istoty najbardziej predysponowane do stworzenia nowej cywilizacji?
Czekając na przyjście nowego millennium zadajemy sobie wiele pytań, które najczęściej celowo pozostawiamy bez odpowiedzi, albo na które po prostu odpowiedzi nie ma. Spotykamy się przy tym z różnymi reakcjami nas samych i naszego otoczenia. Reakcją Terry'ego Gilliama, człowieka końca tysiąclecia, jest właśnie film "12 małp".

Copyrights (c) Sciaga4U - All rights reserved

inne artykuły



Scenariusz w wersji oryginalnej  
spakowany ok. 81 kB



do góry

  © 2003 Ireneusz Siwek